Po rozwodzie zostałam z ratami i synem, a kilka lat później kupiłam firmę, w której wcześniej pracowałam za darmo

Najbardziej pamiętam nie sam dzień rozwodu, tylko wtorek dwa tygodnie później. Siedziałam przy stole w mieszkaniu po mojej babci, które na szczęście było tylko moje, i próbowałam zalogować się do banku. Na koncie miałam 186 złotych. W lodówce światło, pół kostki masła, ketchup i jogurt Kuby.

A potem przyszły powiadomienia. Rata leasingu. Zaległa faktura za telefon. Kredyt obrotowy, o którym Michał zapewniał mnie wcześniej, że „to formalność firmowa i niczym się nie martwię”. Tylko że ja, jako żona, podpisałam poręczenie. Bo ufałam. Bo wtedy jeszcze byliśmy małżeństwem, a on mówił szybko, pewnie i takim tonem, jakby tłumaczył coś dziecku.

Miałam trzydzieści osiem lat, dziewięcioletniego syna i wrażenie, że ktoś przesunął mi podłogę o metr w bok.

Michał prowadził firmę transportową. Kilkanaście aut, trasy głównie Polska–Niemcy, trochę Czech. Oficjalnie byłam tam „od papierów”, choć w praktyce robiłam wszystko: rozliczałam kierowców, dzwoniłam do spedycji, pilnowałam terminów, szukałam warsztatów, kiedy komuś padł samochód pod Wrocławiem. Wiedziałam, który kierowca nie pojedzie nocą, bo ma chore plecy, a który powie, że wszystko jest dobrze, choć od trzech dni śpi po trzy godziny.

Michał mówił, że bez niego firma by nie istniała. Może częściowo miał rację. Umiał zdobywać klientów. Tyle że potem znikał na spotkaniach, kupował kolejne auto „po okazji” i obiecywał terminy, których nie dało się dotrzymać.

Po rozwodzie na początku chciałam po prostu znaleźć etat. Wysłałam CV do kilku firm logistycznych w Łodzi. Na dwóch rozmowach usłyszałam, że mam duże doświadczenie, ale „szukają osoby bardziej dyspozycyjnej”. Czyli takiej, która nie musi odebrać dziecka ze świetlicy i nie ma komornika zaglądającego w konto.

Zaczęłam więc pracować z domu dla małej spedycji znajomego. Wieczorami, kiedy Kuba zasypiał. Płacił mi od zlecenia. Czasem po 900 zł miesięcznie, czasem po dwa tysiące. Wtedy nauczyłam się liczyć zakupy co do złotówki. Nie kupowałam sobie niczego, nawet rajstop, dopóki stare całkiem się nie rozjechały.

W listopadzie zadzwonił do mnie Marek, dawny kierowca Michała.

– Pani Aniu, pani nie ma może jakiejś roboty? Bo od niego to ja już nie chcę jeździć. Trzy tygodnie czekam na pieniądze.

Powiedziałam, że nie mam. A właściwie miałam jedno stałe zlecenie, którego sama nie mogłam obsłużyć. Klient potrzebował busa chłodni na dwa kursy w tygodniu. Marek miał własny samochód, stary, ale zadbany. Wiedziałam, że jeździ uczciwie.

– To może ja znajdę zlecenie, a pan pojedzie? – zaproponowałam.

Tak to się zaczęło. Bez wielkiego planu, logo, biura i zdjęć w garniturze na LinkedInie. Miałam laptop po Michałowej firmie, którego nie zdążył odebrać, telefon i segregator z kontaktami. Przez pierwsze miesiące działałam jako jednoosobowa działalność. Siedziałam w kuchni z kawą, często zimną, i po kolei dzwoniłam do ludzi.

Nie wszyscy byli zachwyceni. Część kontrahentów nie chciała rozmawiać, bo kojarzyli mnie z Michałem. Jeden powiedział wprost:

– Pani Aniu, ja już się raz sparzyłem. Faktury od was wisiały po dwa miesiące.

Miał rację. Miałam ochotę odpowiedzieć, że to nie były „ode mnie” faktury. Ale przecież przez lata tam pracowałam. Wiedziałam, co się dzieje. Tylko udawałam przed sobą, że Michał zaraz to ogarnie.

Powiedziałam więc tylko, że rozumiem, i że jeśli da mi jeden kurs próbny, rozliczę go od razu po dokumentach. Dał.

Potem drugi. Później polecił mnie komuś jeszcze.

Nie było tak, że nagle wszystko zaczęło iść idealnie. W pierwszym roku dwa razy prawie zamknęłam działalność. Raz kierowca uszkodził towar przy rozładunku i przez miesiąc spłacałam udział własny w ubezpieczeniu. Innym razem klient zniknął z pieniędzmi. Miałam wtedy w domu awanturę z Kubą, bo obiecałam, że pojedziemy nad morze na trzy dni, a ja odwołałam wyjazd.

– Ty tylko siedzisz przy tym komputerze – powiedział. – Tata przynajmniej zabierał mnie na kręgle.

Zabolało mnie bardziej, niż powinno. Michał potrafił zabrać go na kręgle raz na dwa miesiące i zrobić przy tym sto zdjęć. Ja byłam od codzienności: od kanapek, dentysty, zebrania w szkole i odpisywania na wiadomości od kierowców o piątej rano.

Ale Kuba był dzieckiem. Nie musiał tego rozumieć.

Po dwóch latach miałam cztery busy w stałej współpracy, potem wynajęłam małe biuro przy trasie wylotowej na Warszawę. Zatrudniłam Olę, dziewczynę po technikum logistycznym. Kiedy podpisywałam pierwszą większą umowę, ręka mi się trzęsła tak mocno, że rozlałam kawę na dokumenty.

O firmie Michała słyszałam przypadkiem. Kierowcy przechodzili do innych. Podobno kupił ciągniki, choć nie miał na nie pokrycia, i pokłócił się z głównym zleceniodawcą. Nadal opowiadał ludziom, że zaraz „odbije się od dna”. Ja już nie chciałam go ratować ani nawet oceniać. Za długo żyłam jego problemami.

Któregoś dnia zadzwonił nieznany numer. Przedstawił się mężczyzna z kancelarii obsługującej postępowanie upadłościowe jego spółki. Wiedział, że działam w branży i zapytał, czy byłabym zainteresowana zakupem części majątku: dwóch aut, bazy klientów, wyposażenia biura. Nie całej firmy w takim sensie, że przejmuję jej długi i bałagan, tylko tego, co zostało do sprzedaży.

Przez chwilę nic nie mówiłam.

Pierwsza myśl była mała i brzydka: „Niech zobaczy”. Druga przyszła zaraz po niej: „To może być szansa”.

Nie zadzwoniłam do Michała. On zadzwonił do mnie wieczorem.

– Podobno chcesz kupić moje auta.

– Nie twoje. Z masy upadłościowej.

– Czyli jednak czekałaś, aż mi się noga powinie.

To było niesprawiedliwe, ale też nie całkiem. Gdzieś we mnie siedziała uraza. Nie udawałam przed sobą, że jej nie ma. Tylko że nie budowałam firmy po to, żeby go upokorzyć. Budowałam ją, bo musiałam zapłacić za Kubę, za mieszkanie, za własne błędy i za te cudze, które kiedyś podpisałam bez czytania.

Kupiłam dwa auta. Jedno sprzedałam od razu, bo było w gorszym stanie, niż wyglądało w papierach. Drugie jeździ do dziś. Nie przejęłam nazwy jego firmy. Nie chciałam jej nawet widzieć na fakturach.

Michał później przysłał Kubie na urodziny konsolę, choć zalegał z alimentami. Kuba był zachwycony, a ja przez moment miałam ochotę ją odesłać. Nie odesłałam. Usiadłam tylko przy stole i napisałam do prawniczki, żeby ponownie złożyła wniosek o egzekucję zaległości.

W zeszłym tygodniu Kuba, już trzynastoletni, wpadł do mojego biura po szkole. Zobaczył nowe logo na szybie, paczkę dokumentów i Olę kłócącą się przez telefon o godzinę rozładunku.

– To wszystko jest twoje? – zapytał.

Powiedziałam, że nie „moje”. Że to firma, ludzie, samochody, umowy i mnóstwo rzeczy, które mogą się jeszcze posypać.

Rozejrzał się i skinął głową, jakby dopiero coś sobie poukładał.

A potem spytał, czy może w wakacje przychodzić pomagać przy prostych rzeczach. Powiedziałam, że zobaczymy, bo najpierw musi poprawić matematykę. I naprawdę przez chwilę rozmawialiśmy tylko o tym, ile ma jedynek i czy da się je wyciągnąć do końca semestru.