Wpuściłam siostrzenicę do mieszkania, bo bałam się ciszy. Potem zaczęła pytać, co będzie z nim po mnie

Mam sześćdziesiąt osiem lat i mieszkam sama na Bródnie, w czteropokojowym mieszkaniu po rodzicach. Blok z wielkiej płyty, dziewiąte piętro, dwa balkony, winda, która co jakiś czas staje między piętrami. Nie jest to żaden luksus, ale w Warszawie takie mieszkanie od razu uruchamia ludziom wyobraźnię.

Ja długo o tym nie myślałam w tych kategoriach. To był po prostu mój dom. W jednym pokoju miałam sypialnię, w drugim książki i maszynę do szycia, trzeci po śmierci męża stał się trochę składzikiem. Czwarty był dawnym pokojem syna. Marek mieszka od kilkunastu lat w Norwegii, ma swoją rodzinę, dzwonimy regularnie, ale nie będę udawała, że nie doskwiera mi pustka.

Najbardziej wieczorami. Człowiek wraca z zakupów, nastawia czajnik i nagle słyszy tylko lodówkę oraz telewizor u sąsiadów za ścianą.

Julia, córka mojej młodszej siostry Beaty, odezwała się do mnie w zeszłym roku. Wcześniej widywałyśmy się na święta, czasem na imieninach u mamy, dopóki żyła. Julia miała wtedy dwadzieścia siedem lat, pracowała w jakiejś agencji od mediów społecznościowych, ciągle mówiła szybko, używała angielskich słów, których nie rozumiałam, i zawsze wyglądała, jakby zaraz miała gdzieś wyjść.

Napisała, czy może wpaść na kawę, bo „musi pogadać z kimś normalnym”. To mnie nawet rozczuliło.

Przyszła zapłakana. Rozstała się z chłopakiem, z którym wynajmowała kawalerkę na Woli. On został, bo umowa była na niego, a ona miała miesiąc na znalezienie czegoś nowego. Mówiła, że pokoje kosztują absurdalne pieniądze, że właściciele pytają o wszystko, że w pracy obiecali jej podwyżkę, ale „wiadomo, jak jest”.

Siedziała przy moim stole, kruszyła ciasto na talerzyku i mówiła, że nie chce wracać do matki do Legionowa, bo dojazdy ją zjedzą i z Beatą znowu będą się kłócić o każdą rzecz.

Wtedy sama rzuciłam:

– Przecież możesz się zatrzymać u mnie na jakiś czas. Pokój Marka i tak stoi pusty.

Julia podniosła głowę tak szybko, że aż mnie to trochę zaskoczyło.

– Ciociu, ale na pewno? Nie chcę się narzucać.

Powinnam była wtedy powiedzieć: „na miesiąc, najwyżej dwa, ustalimy zasady”. Ale nie powiedziałam. Czułam się potrzebna. To głupie, wiem. Przez lata człowiek uważa się za rozsądny, a potem wystarczy, że ktoś wieczorem zapyta, czy kupić też dla niego chleb, i już sobie dopowiada, że życie znowu rusza.

Beata zadzwoniła do mnie następnego dnia.

– Ela, błagam cię, nie wpuszczaj jej bez konkretów. Julka jest moja córka, kocham ją, ale ona potrafi się urządzić cudzym kosztem.

Obraziłam się. Powiedziałam, że przesadza i że nie będę traktowała własnej siostrzenicy jak lokatorki z ogłoszenia.

– Właśnie dlatego uważaj – odpowiedziała cicho.

Julia wprowadziła się z trzema walizkami, suszarką do włosów i wielką rośliną, której podobno nie mogła zostawić byłemu. Przez pierwsze tygodnie naprawdę było dobrze. Robiła zakupy, czasem gotowała makaron z warzywami, którego ja sama bym nigdy nie wymyśliła. W soboty ciągnęła mnie na spacer do parku Bródnowskiego albo do galerii, żebym „nie siedziała ciągle w domu”. Zmieniła mi ustawienia w telefonie, żebym lepiej widziała litery. Pomogła zamówić wizytę do okulisty przez internet.

Mówiła do koleżanek przez telefon: „Mieszkam teraz z ciocią, ale jest super, ona jest totalnie samodzielna”. Słysząc to, byłam wręcz dumna.

Potem zaczęły się drobiazgi. Najpierw powiedziała, że w jej pracy opóźniają wypłatę i czy może mi oddać za rachunki za dwa tygodnie. Nie robiłam problemu. Później kupiła sobie nowy telefon, a ja pomyślałam, że może dostała premię. Nie pytałam.

Po trzech miesiącach wciąż nie miała niczego wynajętego. Za to coraz częściej mówiła o cenach mieszkań. O tym, że jej pokolenie nigdy nie będzie miało własnego kąta. O tym, że ja mam „ogromny metraż dla jednej osoby”. Starałam się tego nie brać do siebie, bo przecież to były ogólne narzekania.

Któregoś wieczoru wróciłam wcześniej z przychodni. Julia nie usłyszała, że otwieram drzwi, bo rozmawiała na balkonie. Drzwi balkonowe były uchylone. Nie podsłuchiwałam specjalnie. Po prostu usłyszałam swoje imię.

– No tak, mieszkanie jest jej, ale Marek jest za granicą i raczej nie wróci. Jak się to dobrze rozegra, to nie będę całe życie wynajmować pokoju – powiedziała.

Potem się zaśmiała. Nie takim złym, filmowym śmiechem. Zwyczajnie. I chyba to zabolało bardziej.

Stałam w przedpokoju z siatką, w której miałam kefir, pomidory i receptę na krople do oczu. Nie weszłam od razu. Przez chwilę naprawdę próbowałam sobie wytłumaczyć, że może źle zrozumiałam. Że młodzi tak mówią, bez zastanowienia. Ale kilka dni później Julia sama zaczęła temat.

Powiedziała, że powinnam „na spokojnie uregulować sprawy”, żeby potem nikt nie chodził po sądach. Zapytała, czy mam testament. Odpowiedziałam, że to moja sprawa.

– Jasne, ciociu. Ja tylko myślę o tobie. Gdybyś kiedyś potrzebowała opieki, to przecież ja jestem na miejscu, a Marek daleko.

– Nie potrzebuję kupować sobie opieki mieszkaniem – powiedziałam.

Zrobiła się czerwona. Przez chwilę patrzyła na mnie tak, jakbym ją uderzyła.

– Czyli uważasz, że jestem interesowna?

Nie odpowiedziałam od razu, i to był mój błąd. Bo ona już miała gotową wersję. Że ją upokarzam, że dałam jej nadzieję, że Beata od początku mnie nastawiła przeciwko niej. Przypomniała mi zakupy, wizyty u lekarza, nawet to, że raz umyła okna w kuchni.

Wtedy powiedziałam coś, czego nie jestem z siebie dumna:

– Nie prosiłam cię o żadne z tych rzeczy.

Julia zamknęła się w pokoju. Przez dwa dni prawie się nie odzywałyśmy. Słyszałam tylko, jak wieczorem płacze, albo może rozmawia przez telefon bardzo cicho. Miałam momenty, że chciałam przeprosić, powiedzieć, że przesadziłam. Bo przecież ona naprawdę miała ciężko. I może rzeczywiście bała się o przyszłość bardziej niż ja rozumiałam.

Ale trzeciego dnia znalazłam na drukarce kartkę. Był to wzór umowy darowizny mieszkania, ściągnięty z internetu. Na górze ktoś wpisał moje dane i adres. Nie cały dokument, tylko pierwszą stronę, ale wystarczyło.

Kiedy wróciła z pracy, położyłam tę kartkę na stole.

– Masz tydzień, żeby znaleźć inne miejsce – powiedziałam.

Nie było wielkiej awantury. Najgorsze, że Julia najpierw zaprzeczała, potem mówiła, że to „tylko sprawdzanie informacji”, a na końcu usiadła i powiedziała, że nie rozumiem, w jakiej sytuacji ją zostawiam.

Może nie rozumiem. Mam emeryturę, własne mieszkanie i świadomość, że gdy zepsuje się pralka, jakoś sobie poradzę. Ona tego nie ma. Ale ja też nie jestem planem ratunkowym, który można przejąć razem z adresem.

Beata przyjechała po nią samochodem. Nie weszła nawet na kawę. Julia wynosiła walizki bez patrzenia na mnie. Roślina została, bo podobno nie mieściła się w aucie. Stała potem dwa tygodnie przy drzwiach, aż oddałam ją sąsiadce.

Od tamtej pory minęły cztery miesiące. Byłam u notariusza, uporządkowałam testament i załatwiłam kilka spraw, które odkładałam, bo wydawały mi się ponure. Marek wie o wszystkim. Nie naciskał, tylko powiedział, żebym robiła tak, żebym mogła spokojnie spać.

Z Julią nie rozmawiamy. W święta wysłała mi krótkie „wszystkiego dobrego”. Odpisałam tak samo. Czasem patrzę na jej dawny pokój i mam ochotę do niej zadzwonić, chociażby zapytać, czy znalazła coś swojego.

Ale potem przypominam sobie tę kartkę na drukarce. I odkładam telefon na stół.