Odmówiłam remontu szwagrowi, choć cała rodzina mówiła, że robię problem z kilku dni pracy

W sobotę rano dostałam od Kamila zdjęcie łazienki. Zdjęcie było zrobione z góry, trochę krzywo. Widać było skute płytki, wiadro po farbie i wystający ze ściany kabel.

„Asia, masz może wolny przyszły weekend? Przydałyby się dwie dodatkowe ręce. Marta mówi, że ty zawsze ogarniasz takie rzeczy”.

Najpierw parsknęłam śmiechem, bo naprawdę nie wiem, skąd Marta wzięła to „zawsze”. Potrafię skręcić szafkę z instrukcją i pomalować ścianę, tyle. Nie jestem żadną fachowczynią. Potem jednak przeczytałam wiadomość drugi raz i zrobiło mi się zwyczajnie ciężko.

Kamil jest mężem mojej siostry Marty. Są razem od prawie piętnastu lat, mają mieszkanie po jego babci na osiedlu w Ursusie i od miesiąca robią tam generalny remont. Chcą się wprowadzić przed wakacjami, bo obecnie wynajmują kawalerkę z ich czteroletnim synem. Rozumiem, że mają nerwy, koszty rosną, ekipa nie zawsze przyjeżdża wtedy, kiedy obiecała. To nie jest dla mnie abstrakcja.

Tylko że rok wcześniej, też w maju, sama potrzebowałam pomocy. I to nie takiej w stylu: przyjedźcie, bo nudno mi w domu.

Właścicielka mieszkania, które wynajmowałam na Woli, sprzedała lokal i dała mi miesiąc na wyprowadzkę. Zbiegło się to z tym, że w pracy miałam inwentaryzację, a tydzień wcześniej skręciłam kostkę na schodach w autobusie. Niby nic wielkiego, ale chodziłam w stabilizatorze i po dwóch godzinach na nogach miałam dość.

Nowe mieszkanie znalazłam u koleżanki znajomego, na drugim piętrze bez windy. Najbardziej bałam się nie mebli, tylko tych wszystkich drobiazgów, kartonów, roślin, książek. Człowiek przez lata zbiera rzeczy i potem nagle się okazuje, że nawet lampkę nocną trzeba jakoś znieść.

Napisałam wtedy do Marty na naszej rodzinnej grupie: „Czy ktoś mógłby mi pomóc w sobotę z przeprowadzką? Głównie noszenie. Mogę zamówić pizzę, zwrócę za benzynę”.

Marta odpisała po kilku godzinach, że ma z małym wizytę u dentysty. Kamil nawet nie odpisał. Później dowiedziałam się ze zdjęć na Facebooku, że byli tego dnia na działce jego rodziców. Mój brat Paweł przyjechał na dwie godziny, ale musiał wyjść, bo jego córka miała występ w domu kultury. Mama przyszła, próbowała dźwigać pudła z naczyniami, chociaż ma chore kolano. Było mi wstyd, że w ogóle pozwoliłam jej cokolwiek nosić.

Ostatecznie zapłaciłam dwóm chłopakom z ogłoszenia na osiedlowej grupie. Przyjechali, zrobili, ile trzeba, bez łaski. Tyle że wtedy wydałam pieniądze, których naprawdę nie miałam. Przez następne dwa miesiące odkładałam wizytę u dentysty i jeździłam wszędzie tramwajem, choć kostka bolała.

Marta zadzwoniła do mnie dopiero w niedzielę wieczorem. Powiedziała, że „myślała, że jakoś sobie poradzę”, bo przecież zawsze jestem samodzielna. Pamiętam, że siedziałam na podłodze między workami z ubraniami i nie miałam nawet siły się z nią kłócić.

Teraz odpisałam Kamilowi: „Nie dam rady pomóc przy remoncie”.

Odpisał prawie od razu: „Ale czemu? Nie chodzi o cały remont. Trzeba zagruntować, pomalować i trochę posprzątać po ekipie. Dwa dni max”.

Napisałam, że mam swoje plany. To nie było do końca prawdą. Miałam umówione kino z przyjaciółką i chciałam wreszcie posadzić zioła na balkonie, ale mogłabym to przełożyć. Po prostu nie chciałam się tłumaczyć z tego, że nie mam ochoty spędzać weekendu na klęczkach w ich łazience.

Po godzinie zadzwoniła Marta.

– Asia, serio robisz taki numer? – zaczęła bez „cześć”. – My teraz naprawdę jesteśmy pod ścianą.

– Rozumiem. Ale ja rok temu też byłam pod ścianą.

Zapadła cisza. Taka niezręczna, ale nie dlatego, że ona nie wiedziała, o czym mówię. Wiedziała doskonale.

– Jezu, dalej to pamiętasz? Miałam wtedy dziecko chore, Kamil był zmęczony po tygodniu, a poza tym nie powiedziałaś, że to aż taka tragedia.

To mnie akurat zdenerwowało bardziej niż sama prośba. Jak człowiek pisze, że potrzebuje pomocy przy przeprowadzce, stojąc na jednej nodze i mając termin oddania mieszkania, to co jeszcze powinien dopisać? Zaświadczenie od lekarza? Zdjęcie pustego pokoju?

Powiedziałam tylko, że pamiętam, bo musiałam sobie poradzić sama. Marta rzuciła, że nie będziemy „wyciągać starych rzeczy”, po czym się rozłączyła.

Wieczorem zadzwonił Paweł. Nasz brat ma taki sposób mówienia, jakby zawsze był mediatorem w programie telewizyjnym, choć nikt go o to nie prosi.

– Wiesz, że oni liczyli na ciebie. Kamil już poprzesuwał robotę.

– To nie powinien przesuwać, zanim nie zapytał.

– No dobra, ale naprawdę chcesz psuć relacje dla kilku dni pracy?

Zapytałam go, czy pamięta moją przeprowadzkę. Powiedział, że pamięta, ale wtedy „wszyscy mieli coś”. I może to jest właśnie najuczciwsze podsumowanie naszej rodziny. Gdy ktoś potrzebuje pomocy, wszyscy mają coś. Gdy ktoś potrzebuje pomocy od ciebie, nagle rodzina ma obowiązek.

Mama zadzwoniła następnego dnia. Nie krzyczała. To było chyba gorsze. Mówiła ostrożnie, że Marta jest teraz spięta, że mały źle śpi, że remont ich przerasta. I że ja jestem pamiętliwa.

– Może jestem – odpowiedziałam. – Ale nie chcę znowu udawać, że nic się nie stało, tylko dlatego, że komuś jest wygodnie.

Mama długo milczała, potem powiedziała, że szkoda jej nas obu. Nie umiałam jej odpowiedzieć.

W końcu Kamil napisał, że znaleźli kogoś „z polecenia”, kto pomoże im za pieniądze. Wysłał to bez złośliwości, prawie rzeczowo. Odpisałam: „Dobrze, mam nadzieję, że szybko skończycie”. I naprawdę mam taką nadzieję. Nie życzę im źle. Nie chcę, żeby siedzieli z dzieckiem w kurzu i rozgrzebanym mieszkaniu.

Tylko nie chcę już być tą osobą, która ma być pod ręką wyłącznie wtedy, gdy komuś pasuje.

Za dwa tygodnie mamy u mamy imieniny. Marta też będzie. Mama już pytała, czy upiekę sernik, bo „twój wszystkim najlepiej wychodzi”. Powiedziałam, że jeszcze nie wiem.

I pierwszy raz nie powiedziałam tego po to, żeby się obrazić. Po prostu naprawdę jeszcze nie wiem.