Spakowałam syna i wróciłam do rodziców, kiedy mąż poszedł na piwo mimo jego choroby

Najgorsze było to, że przez pierwsze miesiące po urodzeniu Franka w ogóle nie nazywałam tego samotnością. Mówiłam sobie: „Tak wygląda macierzyństwo, każda matka jest zmęczona”. Miałam wrażenie, że jeśli przyznam przed sobą, jak źle sobie radzę, to znaczy, że jestem niewdzięczna albo słaba.

Franek miał wtedy siedem miesięcy. Budził się po kilka razy w nocy, ząbkował, często ulewał. Był kochanym dzieckiem, takim, który potrafił się do mnie uśmiechnąć całymi oczami, ale ja chodziłam jak nakręcona. Pranie, butelki, gotowanie czegoś prostego, zakupy z wózkiem, lekarz, spacer, kąpiel. I jeszcze próby pracy zdalnej po godzinie dziennie, bo przed ciążą robiłam grafiki dla małej agencji i nie chciałam całkiem wypaść z rynku.

Michał wracał z pracy około siedemnastej. Niby pytał, jak minął dzień, ale robił to już w przedpokoju, w trakcie zdejmowania butów. Potem brał telefon, siadał na kanapie i mówił, że musi „zejść z obrotów”.

Na początku prosiłam normalnie.

– Weź go na pół godziny, ja tylko wezmę prysznic.

Albo:

– Możesz dziś zrobić kąpiel? Od rana boli mnie głowa.

Czasem brał Franka, ale po pięciu minutach słyszałam z salonu:

– On chyba chce do mamy.

Jakby to była jakaś biologiczna zasada, a nie dziecko, które prawie nie znało własnego ojca, bo ten ciągle oddawał je przy pierwszym płaczu.

Michał nie był potworem. To chyba najbardziej mnie blokowało. Nie krzyczał na mnie, nie przepijał pieniędzy, pracował i płacił swoją część raty za mieszkanie. Potrafił przywieźć mi drożdżówkę z piekarni, bo pamiętał, że lubię z budyniem. Przy rodzinie wyglądał na zaangażowanego. Na święta nosił Franka po salonie i wszyscy mówili: „No, tata to ma rękę”.

Tylko że ja wiedziałam, że potem, w domu, ręka taty bardzo szybko wracała do telefonu albo padała na kanapę.

W środę Franek dostał gorączki. Rano miał ponad 38 stopni, był rozpalony i marudny. Zadzwoniłam do przychodni, dostałam teleporadę, później pojechałam z nim na wizytę, bo kaszel zrobił się mocniejszy. Lekarka powiedziała, że na razie wirus, obserwować, zbijać gorączkę, pilnować nawodnienia. Niby nic dramatycznego, ale ja od rana trzęsłam się ze zmęczenia i strachu.

Napisałam Michałowi, że dobrze by było, gdyby wrócił wcześniej. Odpisał dopiero po godzinie: „Postaram się”.

Wrócił po osiemnastej. Właśnie próbowałam podać Frankowi mleko, a on odpychał butelkę i płakał tak żałośnie, że sama miałam łzy w oczach. Michał zajrzał do pokoju, pogłaskał go po głowie i powiedział, że o dwudziestej jest umówiony z Dawidem. Dawid, jego kolega ze studiów, przyjechał podobno na dwa dni z Wrocławia i „głupio byłoby się nie spotkać”.

Popatrzyłam na niego, chyba dłużej niż powinnam.

– Michał, on jest chory. Ja od rana jestem z nim sama. Nie możesz raz odpuścić?

Westchnął, jakbym poprosiła go o coś absurdalnego.

– Przecież nie umiera. Dawid jest tylko teraz. Posiedzimy dwie godziny.

– A ja kiedy jestem „tylko teraz”? – wyrwało mi się.

Od razu zrobiło mi się głupio, bo zabrzmiało to dramatycznie. Ale on nawet nie próbował zrozumieć.

– Znowu robisz ze mnie najgorszego człowieka. Pracuję cały dzień, wracam i od progu słyszę pretensje.

Nie wyszedł od razu. Kręcił się jeszcze po mieszkaniu, prasował koszulę, szukał ładowarki. To mnie chyba dobiło najbardziej. Stałam z gorącym dzieckiem na rękach, a on pytał, czy widziałam jego granatowy sweter.

O dwudziestej wyszedł. Pocałował Franka w czoło, mnie nawet nie. Rzucił tylko: „Nie czekaj na mnie”.

Położyłam syna koło dwudziestej pierwszej trzydzieści. Zasnął niespokojnie, z termometrem i syropem na stoliku obok łóżka. Poszłam do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę, ale zamiast tego usiadłam na podłodze przy szafce. Pamiętam zimne płytki pod nogami i to, że patrzyłam na nieumyty garnek po zupie.

Telefon Michała leżał na komodzie w salonie. Zostawił go, bo miał służbowy zapasowy aparat, którego zwykle używał w pracy. Zobaczyłam, że ekran się zapalił. Przyszło powiadomienie z Messengera. Nie odczytałam całego, tylko kilka słów: „Szkoda, że dziś nie możemy pogadać dłużej”. Nadawcą była Karolina.

Znałam to imię. Karolina pracowała kiedyś z nim w biurze. Michał wspominał ją parę razy, zwykle z pobłażliwym uśmiechem, że „ona ma wieczny chaos w życiu”.

Wiem, że nie powinnam była brać jego telefonu. Naprawdę to wiem. Do dziś nie umiem obronić tego przed samą sobą. Ale wtedy poczułam, jakby ktoś ścisnął mi gardło. Kod znałam, bo kilka razy prosił, żebym odblokowała mu telefon, kiedy prowadził samochód.

W wiadomościach nie było zdjęć ani wprost napisanej zdrady. Było coś gorszego, przynajmniej dla mnie. Długie rozmowy. O tym, że Karolina czuje się przy nim spokojnie. O tym, że Michał „nie ma z kim normalnie porozmawiać w domu”. O tym, że przy mnie wszystko kręci się tylko wokół dziecka i że on czasem czuje się jak bankomat i intruz.

Jedna wiadomość była sprzed trzech dni. Karolina napisała: „Gdybyś był ze mną, nie musiałbyś prosić o uwagę”. A Michał odpisał: „Nie pisz tak, bo potem siedzę i myślę o tym pół nocy”.

Czytałam to kilka razy. Potem przewinęłam wyżej. Wiedziałam, że robię sobie krzywdę, ale nie umiałam przestać.

Najbardziej zabolało mnie chyba nie to, że zwierzał się obcej kobiecie. Tylko że jej opowiadał o swoim zmęczeniu tak dokładnie, tak czule. A kiedy ja mówiłam, że nie mam już siły, słyszałam: „Każdy jest zmęczony”.

Zadzwoniłam do taty. Było po dwudziestej drugiej. Odebrał po drugim sygnale.

– Tato, możesz po mnie przyjechać?

Nie pytał, czy coś się stało. Powiedział tylko: „Jasne. Spakuj najpotrzebniejsze, będę za czterdzieści minut”.

Mieszkanie było na kredyt, wynajmowaliśmy je właściwie od banku, jak tysiące innych ludzi. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Czy dam radę finansowo, czy wrócę do pracy szybciej, niż planowałam, czy Michał będzie chciał walczyć o kontakt z synem, czy w ogóle zrozumie, co zrobił.

Pakowałam rzeczy Franka w milczeniu. Body, pieluchy, termometr, syrop, dwa kocyki. Dla siebie wrzuciłam kilka bluz i bieliznę. Zostawiłam większość ubrań, kosmetyki, nawet dokumenty leżały chwilę na stole, bo ręce mi się trzęsły i nie mogłam znaleźć dowodu.

Michał zadzwonił, kiedy tata parkował pod blokiem. Nie odebrałam. Napisał: „Co się dzieje? Czemu nie ma cię w domu?”.

Odpisałam tylko: „Przeczytałam wiadomości. Jestem u rodziców. Nie przyjeżdżaj dziś”.

Następnego dnia przyjechał pod dom rodziców. Stał pod furtką i mówił, że nic fizycznego się nie wydarzyło, że Karolina była tylko kimś, z kim mógł pogadać. Płakał. Pierwszy raz od bardzo dawna widziałam, że naprawdę płacze. I przez chwilę prawie mu uwierzyłam, bo nadal go znałam na pamięć: sposób, w jaki pocierał dłonią kark, kiedy się denerwował, i to, że zawsze mówił szybciej, gdy bał się ciszy.

Ale potem zapytał, czy naprawdę „rozwalam rodzinę przez kilka wiadomości”.

Nie odpowiedziałam. Franek spał wtedy u mamy w pokoju, a ja siedziałam przy kuchennym stole, tym samym, przy którym odrabiałam lekcje w liceum.

W poniedziałek umówiłam się na konsultację z prawniczką w sprawie rozwodu i alimentów. Nie wiem jeszcze, czy złożę pozew od razu. Wiem tylko, że nie wróciłam do mieszkania, a Michał codziennie pisze, że chce rozmawiać.

Dzisiaj rano Franek wstał z mniejszą gorączką. Mama robiła mu kaszkę, a tata pojechał po leki do apteki. Ja siedziałam w dresie przy oknie i po raz pierwszy od miesięcy wypiłam herbatę, zanim zrobiła się całkiem zimna.