Poprosiłam babcię o dom, a potem straciłam całą rodzinę
Do dziś mam w telefonie ostatnią wiadomość od brata. Nie usunęłam jej, chociaż kilka razy już prawie to zrobiłam.
„Możesz sobie siedzieć w tym domu. Tylko pamiętaj, na czyjej krzywdzie.”
Wysłał ją dwa tygodnie po pogrzebie babci. Wtedy jeszcze nie odpisałam. Teraz też nie wiem, co miałabym napisać.
Dom po babci stoi na końcu wsi pod Pułtuskiem. Stary, parterowy, z dobudowaną wiele lat temu werandą, która zimą zawsze była lodowata. Dziadek budował go praktycznie własnymi rękami, jeszcze w latach siedemdziesiątych. Babcia mówiła, że przez pierwszy rok mieli tylko dwa pokoje i wodę ze studni, ale byli szczęśliwi, bo „swoje to swoje”.
Kiedy dziadek zmarł, babcia została tam sama. Miała wtedy siedemdziesiąt cztery lata i długo radziła sobie całkiem nieźle. Uprawiała pomidory, chodziła do kościoła, kłóciła się z sąsiadką o liście z orzecha. Z czasem zaczęły się jednak problemy. Najpierw kolano, potem cukrzyca, w końcu dwa pobyty w szpitalu w ciągu jednego roku.
Mieszkam najbliżej, w wynajmowanej kawalerce w Legionowie. Pracuję w drogerii, zmiany mam różne, ale dało się to jakoś układać. Po pracy jechałam do babci z zakupami, zawoziłam ją do lekarza, siedziałam z nią w kolejce do poradni. Czasem tylko nastawiałam pranie, czasem zostawałam na noc, bo bała się, że znowu zrobi jej się słabo.
Nie piszę tego, żeby zrobić z siebie świętą. Bywałam wściekła. Zwłaszcza gdy dzwoniła o szóstej rano, bo nie mogła znaleźć okularów, a one leżały pod poduszką. Albo gdy w niedzielę odwoływałam spotkanie ze znajomymi, bo trzeba było jechać po leki. Miałam wtedy trzydzieści jeden lat, byłam po rozstaniu i chyba sama też trochę uczepiłam się tej codzienności u babci. Tam przynajmniej ktoś na mnie czekał.
Mój brat Tomek mieszka w Gdańsku. Siostra, Anka, pod Warszawą, ale ma dwójkę dzieci i od dawna mówiła, że nie da rady jeździć do babci częściej niż raz na miesiąc czy dwa. Kuzynostwo przyjeżdżało głównie na święta albo imieniny. Wszyscy dzwonili, pytali: „I jak babcia?”, ale zwykle pytali mnie.
Pomysł z darowizną nie wyszedł ode mnie od razu. To znaczy, później wszyscy twierdzili inaczej.
Pewnego wieczoru babcia siedziała w kuchni w swoim rozciągniętym swetrze i obierała jabłka na szarlotkę. Powiedziała, że martwi się o dom, bo dach znowu przecieka przy kominie, a ona nie ma już siły ani pieniędzy na większy remont. Rzuciła też, że gdyby dom był na mnie, łatwiej byłoby mi wszystko załatwiać.
Ja wtedy powiedziałam, że nie chcę o tym rozmawiać, bo zaraz będzie awantura. Ale temat wracał. Babcia bała się też, że kiedy jej zabraknie, dom będzie stał pusty, a rodzina zacznie się gryźć. To było trochę naiwne z jej strony, bo właśnie tak się stało, tylko wcześniej.
W końcu zapytałam ją wprost, czy naprawdę chciałaby przepisać mi dom za życia. Nie dlatego, że planowałam kogokolwiek oszukać. Myślałam praktycznie: mieszkałabym tam, zrobiłabym remont po kawałku, nie płaciłabym co miesiąc czynszu za kawalerkę. Babcia miałaby obok kogoś na stałe. Wiedziałam też, że to ogromna rzecz. I chyba właśnie dlatego powiedziałam o tym rodzeństwu, zamiast robić cokolwiek po cichu.
To był mój błąd albo uczciwość. Nie wiem już.
Założyłam grupę na Messengerze. Napisałam, że babcia poruszyła temat darowizny, że nic nie jest ustalone i że chciałabym, żebyśmy spokojnie pogadali. Przez pierwsze pół godziny nikt nie odpisywał. Potem Anka napisała tylko: „Serio?”
Tomek zadzwonił do mnie wieczorem. Nawet nie powiedział dzień dobry.
– Ty ją namawiasz?
– Nie namawiam. To ona zaczęła ten temat.
– Jasne. A ty przypadkiem mieszkasz najbliżej i przypadkiem masz problem z kasą.
To zabolało, bo miał rację co do jednego: miałam problem z kasą. Wynajem, rachunki, rata za stary samochód, który ledwo przechodził przeglądy. Ale nie czułam się przez to złodziejem.
Potem poszło już szybko. Anka przyjechała do babci i rozmawiała z nią sama w pokoju. Ciotka Halina zadzwoniła do mojej mamy, chociaż mama nie żyje od dziewięciu lat, więc tak naprawdę zadzwoniła do mnie i powiedziała, że „ludzie już gadają”. Kuzyn Paweł napisał na rodzinnej grupie, że starsze osoby łatwo zmanipulować, szczególnie kiedy są chore i zależne od jednej osoby.
Najgorsze było to, że babcia się o wszystkim dowiedziała. Siedziała wtedy w fotelu i płakała po cichu, tak bez łkania, tylko łzy jej leciały po policzkach.
– Może ja już jestem głupia, co? – powiedziała. – Może nie wolno mi decydować o swoim domu.
Wtedy pękłam. Powiedziałam jej, że nie będzie żadnej darowizny. Że nie chcę, żeby przez mnie czuła się jak ktoś, komu trzeba odebrać prawo do własnej decyzji. I że nie chcę domu, jeśli cena ma być taka.
Zadzwoniłam do rodzeństwa. Powiedziałam, że temat jest zamknięty i proszę, żeby dali babci spokój. Tomek rzucił, że dobrze, bo „przynajmniej raz zachowałam się normalnie”. Nie odpowiedziałam. Bałam się, że powiem coś, czego potem nie cofnę.
Przez kolejne miesiące było trochę ciszej. Nikt mnie nie przeprosił. Rodzeństwo zaczęło za to częściej przyjeżdżać, ale głównie wtedy, kiedy babcia leżała już po drugim pobycie w szpitalu. Anka przywoziła zupy, Tomek raz naprawił furtkę. Nie chcę udawać, że nic nie robili. Robili, tylko ja nadal byłam tam prawie codziennie.
Babcia zmarła w lutym, nad ranem. Zdążyłam dojechać do szpitala, ale już nie otworzyła oczu. Pamiętam automat z kawą na korytarzu i to, że wybrałam cappuccino, chociaż go nie cierpię. Chyba po prostu nie umiałam wtedy podjąć żadnej normalnej decyzji.
O testamencie dowiedzieliśmy się dopiero później. Babcia sporządziła go kilka miesięcy po tamtej awanturze. Dom zapisała mnie. Reszcie rodziny zostawiła oszczędności, niewielkie, ale jednak. W uzasadnieniu, które dołączyła własnoręcznie na kartce, napisała, że ja „byłam przy niej nie z obowiązku, tylko z serca” i że chce, żebym miała gdzie mieszkać.
Czytałam to i trzęsły mi się ręce. Nie z radości. Wiedziałam, co będzie dalej.
Tomek wyszedł pierwszy. Anka płakała i powtarzała, że babcia musiała być pod wpływem. Paweł nawet nie patrzył na mnie, tylko powiedział: „No, dopięłaś swego”.
A ja naprawdę nie dopięłam. Wycofałam się. Przestałam o tym mówić. Nawet gdy babcia zaczynała temat, odpowiadałam, że ma odpocząć i nie martwić się papierami.
Od pogrzebu minęło osiem miesięcy. Mieszkam w tym domu, choć jeszcze długo nie mogłam spać w pokoju babci. Dach nadal przecieka, ogrzewanie pożera pieniądze, a w łazience co chwilę coś się psuje. Stabilizacja finansowa brzmi poważnie, a ja czasem liczę w sklepie, czy starczy mi na farbę do przedpokoju i opał na zimę.
Z rodziną nie mam kontaktu. Anka raz wysłała zdjęcie dzieci na Wielkanoc, bez żadnego tekstu. Odpisałam serduszkiem. Potem znowu cisza.
W zeszłym tygodniu znalazłam w szufladzie babci rachunek za nasiona fasoli i jej okulary, te same, których kiedyś szukała pod poduszką. Położyłam je z powrotem do szuflady. Nie wiem po co. Po prostu nie miałam siły wyrzucać kolejnej rzeczy.