Syn powiedział mi, że nie mam prawa wydawać pieniędzy na opiekę nad jego ojcem

Najgorsze są poranki, kiedy Marek patrzy na mnie tak, jakby próbował sobie przypomnieć, kim jestem, ale nie potrafił.

Czasem mówi „dzień dobry”, normalnie, nawet się uśmiechnie. A czasem wstaje z łóżka przestraszony i pyta, gdzie jest jego żona. Stoję wtedy dwa kroki od niego, w szlafroku, z czajnikiem w ręce, i mówię cicho:

– To ja, Marek. Halina.

W zeszłym tygodniu odpowiedział: „Halina była moją żoną, ale ona nie nosiła takich kapci”.

Niby drobiazg. Głupie kapcie kupione w osiedlowym sklepie, bo stare mi się rozpadły. A potem zamknęłam się na chwilę w łazience i płakałam tak bezgłośnie, żeby nie usłyszał. Nie dlatego, że mnie nie poznał. Do tego już, niestety, przywykłam. Bardziej dlatego, że przez moment sama poczułam się w naszym mieszkaniu jak ktoś obcy.

Marek ma siedemdziesiąt sześć lat. Był elektrykiem, całe życie pracował, najpierw w zakładzie, potem jeszcze dorabiał po znajomych. Nigdy nie umiał siedzieć bezczynnie. Nawet na emeryturze naprawiał ludziom lampki, gniazdka, czasem radio. Mówiłam mu, że powinni mu założyć warsztat w piwnicy.

Pierwsze objawy były niepozorne. Zostawiał portfel w lodówce, zapominał, po co poszedł do apteki. Raz wrócił autobusem z drugiego końca miasta, chociaż miał wysiąść dwa przystanki dalej. Śmialiśmy się trochę, bo każdy przecież bywa roztargniony. Dopiero później przestało być śmiesznie.

Diagnozę dostaliśmy trzy lata temu. Lekarz mówił rzeczowo, spokojnie, o lekach, kontroli, bezpieczeństwie, o tym, że choroba będzie postępować. Kiwałam głową i notowałam w zeszycie, chociaż ręka mi drżała. Marek siedział obok i pytał, czy po wizycie pojedziemy na obiad.

Na początku jeszcze dawałam radę. Pilnowałam tabletek, gotowałam proste rzeczy, chowałam dokumenty i klucze. Potem doszło mycie, przebieranie, nocne wstawanie. Marek zaczął wychodzić z mieszkania bez słowa. Założyłam dodatkowy zamek wysoko na drzwiach, taki, którego sam nie zauważał. Czuję wstyd, kiedy o tym piszę, ale bardziej bałam się, że wyjdzie o czwartej rano na ruchliwą ulicę.

Od roku praktycznie nie śpię normalnie. Jeśli zasnę głębiej, budzę się od razu z paniką, że coś się stało. Marek kilka razy próbował „iść do pracy”. Raz ubrał marynarkę na piżamę i szukał butów. Innym razem obudził mnie, bo twierdził, że w kuchni jest obcy mężczyzna. To było jego odbicie w ciemnej szybie.

Mam sześćdziesiąt dziewięć lat, nadciśnienie i problemy z kręgosłupem. Ostatnio lekarz rodzinny powiedział mi wprost, że wyglądam na wyczerpaną. Dał mi zwolnienie, choć od dawna jestem na emeryturze, więc nawet mnie to rozbawiło. Potem zapytał, czy mam kogokolwiek do pomocy.

Powiedziałam, że syna.

Paweł mieszka czterdzieści kilometrów od nas, w szeregowcu pod miastem. Ma żonę, dwójkę dzieci, kredyt. Rozumiem, że pracuje i ma swoje sprawy. Nie oczekiwałam, że rzuci wszystko i przeprowadzi się do nas. Ale kiedy dzwoniłam, żeby przyjechał na dwie godziny, bo musiałam zrobić badania, zawsze słyszałam: „Mamo, w tym tygodniu ciężko”.

Czasem przyjeżdżał w niedzielę. Wchodził, całował ojca w głowę, przynosił ciasto albo zakupy. Siedział godzinę, najwyżej półtorej. Marek przy nim zwykle był spokojniejszy, jakby na złość chciał pokazać, że wcale nie jest taki chory. Paweł patrzył wtedy na mnie z miną, której nie umiałam odczytać. Może naprawdę nie widział, co się dzieje przez resztę tygodnia.

W styczniu Marek przewrócił się w łazience. Niczego nie złamał, na szczęście, ale nie dałam rady sama go podnieść. Siedział na podłodze mokry, zziębnięty i zły, bo nie rozumiał, czemu go dotykam. Zadzwoniłam po Pawła. Przyjechał po ponad godzinie. Pomógł mi, ale potem powiedział, że może trzeba pomyśleć o jakiejś opiekunce na kilka godzin dziennie.

To pierwszy raz, kiedy sam to powiedział.

Zaczęłam dzwonić. Ceny mnie przeraziły, nie będę udawać. Za opiekę na kilka godzin dziennie wychodziło tyle, ile kiedyś wydawaliśmy przez miesiąc na życie. Prywatny dom opieki, taki naprawdę przystosowany do osób z demencją, to już w ogóle kwoty, od których zakręciło mi się w głowie.

Ale mamy z Markiem oszczędności. Nie jakieś ogromne pieniądze, ale odłożone przez lata. Sprzedaliśmy kiedyś działkę po jego ciotce, nie wydaliśmy wszystkiego. Marek zawsze powtarzał, że to na starość, „żeby dzieci nie musiały się z nami męczyć”.

Kiedy powiedziałam Pawłowi, że chcę zatrudnić opiekunkę trzy razy w tygodniu, najpierw milczał. Myślałam, że liczy w głowie albo zastanawia się, jak zorganizować pomoc.

– Mamo, ale po co? – zapytał w końcu. – Przecież ty jesteś w domu.

Poczułam, jak robi mi się gorąco.

– Jestem w domu, ale to nie znaczy, że jestem opiekunką medyczną i że nie potrzebuję wyjść sama do apteki albo przespać nocy.

– No dobrze, ale od razu wydawać takie pieniądze? Tato przecież nie wymaga całodobowej opieki obcej osoby.

Powiedziałam, że czasem wymaga. Że już nie mogę zostawić go samego nawet na kwadrans. Że zapomniałam, kiedy ostatni raz byłam u fryzjera, nie dlatego, że fryzjer jest najważniejszy na świecie, tylko dlatego, że nie mam jak wyjść. I że coraz częściej boję się własnej irytacji, bo Marek potrafi dziesięć razy zadać to samo pytanie, a ja za dziewiątym razem mam ochotę krzyknąć.

Paweł wtedy westchnął.

– Mamo, nie mówię, że masz sobie nie pomagać. Ale dom opieki? To są oszczędności całego życia. Trochę szkoda je tak przejeść.

„Przejeść”. Dokładnie tak powiedział.

Zapytałam, dla kogo mamy je zachować. Nie odpowiedział od razu. Potem zaczął mówić o dzieciach, o ich przyszłości, o tym, że może kiedyś przydałby się wkład własny na mieszkanie dla córki. Jakby Marek już nie był jego ojcem, tylko pozycją w przyszłym podziale majątku.

Ja też powiedziałam rzeczy, których nie jestem dumna. Że jeśli tak bardzo liczy pieniądze, to może niech przyjeżdża codziennie od siedemnastej do dwudziestej pierwszej i wtedy porozmawiamy o kosztach. Paweł się obraził. Stwierdził, że szantażuję go poczuciem winy.

Może trochę tak było. Byłam wtedy po kolejnej nieprzespanej nocy i z bolącym barkiem. Nie umiałam już mówić spokojnie.

Przez dwa tygodnie prawie się nie odzywaliśmy. W tym czasie znalazłam panią Elę, opiekunkę po kursie, która wcześniej zajmowała się starszą panią z Alzheimerem. Przyszła do nas najpierw na próbę. Marek nie chciał jej wpuścić, mówił, że kradnie mu mieszkanie. Po dwudziestu minutach siedział z nią przy stole i obierał mandarynki, a ona słuchała, jak opowiada o pracy w zakładzie.

Pierwszego dnia, kiedy Ela została z nim sama na trzy godziny, wyszłam bez celu. Poszłam do biblioteki, potem usiadłam w kawiarni przy rynku i wypiłam kawę, która była za droga i niedobra. Patrzyłam przez okno na ludzi z siatkami, na matkę ciągnącą dziecko za rękaw, na starszego pana karmiącego gołębie, choć chyba nie wolno. I nagle zaczęłam płakać.

Nie z ulgi nawet. Z przerażenia, że te trzy godziny zrobiły mi taką różnicę.

Od marca Ela przychodzi trzy razy w tygodniu. Płacimy z naszych pieniędzy. Na razie nie zdecydowałam się na dom opieki, ale oglądałam dwa ośrodki. Jeden był ponury, drugi czysty i spokojny, z małym ogrodem. Nie wiem, czy kiedyś będę musiała podjąć tę decyzję. Boję się jej, mimo że rozsądek mówi mi, że bezpieczeństwo Marka może kiedyś znaczyć więcej niż moje przywiązanie do tego mieszkania.

Paweł ostatnio zadzwonił. Powiedział tylko, że może przesadził ze słowami o pieniądzach. Nie przeprosił wprost. Zapytał, ile kosztuje pani Ela i czy Marek ją toleruje.

– Toleruje – odpowiedziałam. – Czasem myśli, że to moja koleżanka z pracy.

– A ty?

Nie wiedziałam, co ma na myśli.

– Ja też ją toleruję – powiedziałam głupio, bo nie chciałam się rozpłakać.

W piątek Ela przyjdzie o dziesiątej. Mam wtedy wizytę u kardiologa, a potem może kupię sobie nowe kapcie. Takie, których Marek jeszcze nie widział.