Nie odzywałam się do mamy przez trzy miesiące, aż zadzwonił jej sąsiad
Najgorsze w tamtych trzech miesiącach było to, że znałam na pamięć dźwięk telefonu mojej mamy, a mimo to za każdym razem, kiedy dzwoniła, odkładałam go ekranem do stołu.
Czasem patrzyłam, jak wyświetla się „Mama”, i czekałam, aż przestanie. Potem przychodził SMS: „Oddzwoń, jak będziesz mogła”. Albo: „Czy u was wszystko dobrze?”. Nigdy nie pisała wprost o kłótni. Jakby jej nie było. To doprowadzało mnie do szału jeszcze bardziej.
Mam 36 lat, jestem z Torunia, ale od półtora roku mieszkam z mężem, Pawłem, w Poznaniu. Paweł dostał tam pracę w firmie logistycznej. Nie jakąś bajeczną posadę za miliony, tylko normalną, ale dużo pewniejszą niż to, co miał wcześniej. Przez kilka lat pracował na umowach, raz było lepiej, raz gorzej. Kiedy pojawiła się oferta na stałe, z sensowną pensją i możliwością rozwoju, długo się nie zastanawialiśmy.
Ja mogłam pracować zdalnie jako graficzka, przynajmniej przez jakiś czas. Wynajęliśmy dwupokojowe mieszkanie na Jeżycach. Stare budownictwo, skrzypiąca podłoga, okna na ruchliwą ulicę. Na początku nawet mi się nie podobało, ale z czasem nauczyłam się, gdzie jest dobry warzywniak, gdzie kupić pieczywo w niedzielę rano i jak dojechać tramwajem do centrum bez sprawdzania mapy.
Mama od początku była przeciwna.
Nie powiedziała: „Nie wyjeżdżaj, bo będę tęsknić”. To byłoby chyba łatwiejsze. Mówiła za to, że Paweł „pcha mnie nie wiadomo gdzie”, że w Toruniu też można żyć, że jestem jedynaczką i powinnam pomyśleć, kto jej pomoże, kiedy coś się stanie.
Miała wtedy 61 lat, pracowała jeszcze w bibliotece szkolnej, była zdrowa, sprawna, jeździła autobusem na działkę i potrafiła sama przesunąć ciężką szafkę, jeśli uznała, że stoi nie tak. Nie zostawialiśmy jej bez opieki. To nie była taka sytuacja.
W dniu przeprowadzki przyszła do nas rano. Zrobiła kanapki na drogę, chociaż nikt jej o to nie prosił. Potem stała w przedpokoju między kartonami i powiedziała do Pawła:
– No, gratuluję. Zabrałeś mi córkę.
Pamiętam, że miał w ręku zwinięty przedłużacz i po prostu zamarł. A ja od razu poczułam, jak robi mi się gorąco.
– Mamo, ja nie jestem walizką, żeby mnie ktoś zabierał – powiedziałam.
– Dobrze, dobrze. Ty zawsze wszystko wiesz najlepiej.
I wtedy już poszło. Wypomniałam jej, że od miesięcy podkopuje każdą naszą decyzję. Ona mnie zapytała, czy zamierzam przyjeżdżać do niej „od święta, jak do ciotki”. Paweł próbował coś łagodzić, ale tylko się na niego wydarłam, że nie potrzebuję mediatora.
Mama wyszła, zanim wynieśliśmy ostatni karton.
Przez pierwsze tygodnie rozmawiałyśmy jeszcze normalnie, choć sztywno. Potem zaczęła przy każdym telefonie pytać, kiedy wrócimy „na stałe”. Nie kiedy przyjedziemy, tylko kiedy wrócimy. W końcu któregoś wieczoru powiedziałam, że nie będę co tydzień tłumaczyć się z własnego życia.
Ona odpowiedziała, że skoro tak to widzę, nie ma o czym rozmawiać.
I rzeczywiście nie rozmawiałyśmy.
Paweł kilka razy namawiał mnie, żebym zadzwoniła. Mówił, że mama pewnie nie umie inaczej, że przestraszyła się samotności. Ja odbierałam to jako stawanie po jej stronie.
– Tobie łatwo mówić, twoi rodzice od dawna mają swoje życie – rzuciłam kiedyś.
Od razu było mi głupio, bo jego tata zmarł kilka lat wcześniej, a mama mieszka pod Inowrocławiem i faktycznie radzi sobie sama, ale to nie znaczy, że Pawłowi było wszystko jedno. Po prostu wtedy chciałam być zła na kogoś jeszcze.
W połowie listopada zadzwonił do mnie obcy numer. Odebrałam, bo akurat czekałam na telefon od kuriera.
Mężczyzna przedstawił się jako pan Mirek, sąsiad mamy z klatki obok. Powiedział, że mama zasłabła pod sklepem. Jest w szpitalu miejskim, zabrali ją karetką. Dodał, że znalazł mój numer w jej telefonie, bo miał odblokowany ekran.
Nie pamiętam drogi na dworzec. Wiem tylko, że wrzuciłam do torby ładowarkę, bluzę i kosmetyczkę, a Paweł bez słowa zamknął laptop i pojechał ze mną. W pociągu próbowałam dzwonić do mamy, ale telefon miał wyłączony. Przez prawie dwie godziny siedziałam i patrzyłam na brudną szybę.
Okazało się, że miała poważne zapalenie płuc. Lekarz nie powiedział, że było „o włos”, nie chcę tego koloryzować. Ale była odwodniona, osłabiona, miała wysoką gorączkę i zbyt długo zwlekała z pójściem do lekarza. Pewnie dlatego, że uważała, że sama da radę.
Pierwszego dnia prawie nie rozmawiałyśmy. Leżała blada, z kroplówką, i udawała, że interesuje ją telewizor wiszący pod sufitem. Ja siedziałam obok, poprawiałam jej wodę na stoliku, chociaż robiła to sama.
Drugiego dnia nagle powiedziała:
– Nie musiałaś przyjeżdżać.
A ja, zamiast odpowiedzieć normalnie, wypaliłam:
– Ty też nie musiałaś czekać, aż się przewrócisz pod sklepem.
Popatrzyła na mnie tak, że od razu wiedziałam, że przesadziłam. Ale po chwili zaczęła płakać. Cicho, bez szlochu. To było dla mnie dziwne, bo mama zawsze płakała gdzieś po kryjomu, w kuchni albo w łazience, nigdy przy mnie.
Powiedziała, że bała się, iż przestanę jej potrzebować. Że kiedy wyjechałam, dotarło do niej, jak puste zrobiło się mieszkanie. I że sama siebie nakręcała, że Paweł jest winny, bo łatwiej było jej złościć się na niego niż przyznać, że nie potrafi pogodzić się z tym, że mam własne życie.
Powiedziałam jej wtedy, że nie wyjechałam od niej. Wyjechałam do pracy Pawła i trochę też dla siebie, bo ja w Toruniu od dawna stałam w miejscu. Ale powiedziałam też coś, czego wcześniej nie chciałam przyznać: że mogłam jej nie ucinać tak ostro, że przez złość zrobiłam z niej kogoś, komu zależy wyłącznie na kontrolowaniu mnie.
– Bo czasem tak się zachowujesz – dodałam. – Ale wiem, że to nie wszystko.
Zaśmiała się przez łzy i stwierdziła, że jestem „strasznie podobna do ojca”, co u niej oznaczało jednocześnie przytyk i próbę żartu.
Nie załatwiłyśmy wszystkiego przy jednym łóżku szpitalnym. To nie było tak, że nagle zrobiło się idealnie. Po wypisie mama przez kilka tygodni była u nas w Poznaniu, bo lekarz zalecił jej odpoczynek, a ja mogłam pracować z domu. Pierwsze dwa dni były nawet niezręczne. Pytała, czy może wstawić pranie. Ja odpowiadałam za szybko, że sama zrobię. Potem obie udawałyśmy, że nie ma tematu.
Dzisiaj dzwonimy do siebie prawie codziennie, ale czasem tylko na pięć minut. Pyta mnie, czy jadłam, ja pytam, czy bierze leki. Nadal zdarza jej się powiedzieć: „No, w Toruniu byłoby wam wygodniej”. Odpowiadam wtedy, że możliwe, i zmieniam temat.
W zeszły weekend wysłała mi zdjęcie pierwszego śniegu z jej balkonu. Bez żadnego komentarza. Odpisałam jej zdjęciem naszego parapetu w Poznaniu, też całego białego.
Potem zadzwoniła i przez chwilę obie milczałyśmy. Tym razem nie było to już takie straszne.