Oddałem przyjaciółce pokój na „dwa tygodnie” i przestałem czuć się u siebie

Najgorsze nie było to, że Asia zajęła mój pokój. Najgorsze było to, że któregoś wieczoru stałem pod drzwiami własnego mieszkania na warszawskiej Woli i przez chwilę sprawdzałem w telefonie, czy na pewno dobrze pamiętam numer piętra.

Brzmi głupio, wiem. Mieszkam tam od dziewięciu lat. Kawalerka po babci, 34 metry, blok z końcówki lat 90., trochę za mała, trochę za głośna od strony ulicy, ale moja. Po pracy wracałem, robiłem herbatę w tym samym wyszczerbionym kubku, puszczałem radio albo mecz i nikt niczego ode mnie nie chciał. Dla kogoś może to być smutne życie. Dla mnie, po kilku kiepskich latach i rozwodzie, było spokojne.

Asię znam od studiów. Nie byliśmy parą, nigdy też nie było między nami takiego klimatu. Raczej taka przyjaźń, która przetrwała różne rzeczy: przeprowadzki, dzieci u znajomych, których nie rozumieliśmy, moje małżeństwo, jej kolejne związki. Przez ostatnie lata widywaliśmy się rzadziej, ale jak dzwoniła, to odbierałem.

W listopadzie zadzwoniła wieczorem. Płakała tak, że na początku niewiele rozumiałem. Rozstała się z Michałem. Mieszkali razem w wynajmowanym mieszkaniu na Pradze, umowa była na niego, a on podobno już wcześniej powiedział, że „najlepiej będzie, jak ona się wyprowadzi”. Nie wnikałem, kto kogo zostawił i dlaczego. Słyszałem tylko, że siedzi w łazience u koleżanki, ma dwie torby i nie ma gdzie spać.

Powiedziałem: przyjedź do mnie.

Nawet się nie zastanawiałem. To było normalne. Człowiekowi dzieje się krzywda, ma się wolne łóżko, więc pomaga. Rozłożyłem kanapę, wyjąłem czystą pościel. Asia przyjechała koło północy z walizką na kółkach, plecakiem i torbą z Ikei. Usiadła w kuchni i przez pół godziny mieszała zimną herbatę, chociaż nic do niej nie wsypała.

Powiedziała, że to na dwa tygodnie. Maksymalnie trzy, zanim znajdzie pokój albo dogada się z siostrą pod Piasecznem.

Pierwsze dni były właściwie bezproblemowe. Wychodziłem do pracy, ona odpisywała na ogłoszenia. Wieczorem czasem zamawialiśmy pizzę. Była przygnębiona, ale próbowała się trzymać. Raz wróciłem i zobaczyłem, że kupiła mi nową gąbkę do naczyń oraz kawę, bo „korzysta z kuchni”. Pomyślałem wtedy, że wszystko będzie w porządku.

Potem zaczęły się drobiazgi. Takie, których głupio się czepiać.

Asia pracowała zdalnie, więc od dziewiątej do siedemnastej siedziała przy moim stole. Ja po powrocie nie miałem gdzie spokojnie zjeść, bo jej laptop, słuchawki, ładowarka i jakieś notatki były wszędzie. Mówiłem: „Spoko, tylko daj mi kawałek blatu”, a ona od razu zbierała rzeczy i robiła minę, jakbym ją wyrzucał.

Zaczęła też zapraszać ludzi. Najpierw przyszła jej koleżanka „tylko na herbatę”. Siedziały do prawie pierwszej w nocy. Potem w sobotę wpadł jej brat, a potem jeszcze jakiś znajomy z pracy, który odbierał od niej kartony. Niby każdy raz, niby nic wielkiego. Tylko ja w pewnym momencie przestałem chodzić po mieszkaniu w bokserkach, przestałem nastawiać pranie, kiedy chciałem, i zacząłem kupować więcej jedzenia, bo jakoś głupio było ugotować sobie makaron tylko dla siebie.

Najbardziej męczyło mnie jednak to, że stale musiałem uważać na ton.

Asia potrafiła powiedzieć rano: „Wiesz, dziś chyba nie dam rady oglądać niczego głośno”, i ja ściszałem telewizor, choć chciałem obejrzeć mecz. Potrafiła wrócić ze spaceru cicha, ze spuchniętymi oczami, a ja od razu czułem, że nie mam prawa powiedzieć, że jestem zmęczony albo że marzę o jednym wieczorze sam.

Bo przecież ona przechodziła rozstanie. Bo przecież miała gorzej. Bo ja miałem mieszkanie, stałą pracę w serwisie klimatyzacji i jakoś poukładane życie. W mojej głowie prośba o własną przestrzeń brzmiała jak kopnięcie kogoś, kto i tak leży.

Minął miesiąc. Potem półtora.

Raz zapytałem, jak idzie szukanie. Asia odparła, że oglądała kilka pokoi, ale albo były „straszne”, albo właścicielka dziwna, albo dojazd fatalny. Rzeczywiście, ceny wynajmu są teraz absurdalne. Sam bym nie chciał płacić trzech tysięcy za pokój z meblościanką. Powiedziałem tylko, że rozumiem.

I chyba właśnie wtedy popełniłem błąd. Zamiast powiedzieć, czego potrzebuję, udawałem, że nic się nie dzieje. Byłem uprzejmy, robiłem zakupy, czasem nawet zostawiałem jej pieniądze na stole, gdy wiedziałem, że ma gorzej. A później zamykałem się na dziesięć minut w łazience, niby pod prysznicem, choć po prostu siedziałem na opuszczonej klapie od sedesu i patrzyłem w kafelki.

Pewnego piątku wróciłem późno z roboty. Był grudzień, padał taki brudny śnieg z deszczem. Marzyłem tylko, żeby wejść, zdjąć mokre buty i mieć ciszę.

W mieszkaniu paliło się światło. Z kuchni dochodził śmiech. Asia siedziała z Michałem.

Tym Michałem.

Na stole stało wino, jakieś sery, nawet świeczki były zapalone. Przez sekundę pomyślałem, że może przyszli się pogodzić i zaraz sobie pójdą. Ale Michał spojrzał na mnie dość swobodnie, jakby był u siebie, i powiedział: „Cześć, Bartek. Asia mówiła, że masz fajnie urządzone”.

Nie pamiętam dokładnie, co odpowiedziałem. Chyba tylko „no”. Poszedłem do łazienki, przebrałem się i wyszedłem niby po coś do Żabki. Chodziłem potem po osiedlu prawie godzinę. Kupiłem wodę i bułki, których nie potrzebowałem.

Kiedy wróciłem, Michała już nie było. Asia stała w kuchni i wyglądała na zadowoloną pierwszy raz od wielu tygodni. Powiedziała, że może spróbują jeszcze raz, że on przeprosił i że nie wie, co z tego będzie.

Wtedy powiedziałem jej, że jeśli chcą próbować, to dobrze, ale ja nie chcę, żeby on przychodził do mnie wieczorami. I że musimy konkretnie ustalić, do kiedy się wyprowadzi.

Zamilkła. Naprawdę długo. Potem zapytała cicho:

– Czyli przeszkadzam ci od początku?

To było niesprawiedliwe, ale też częściowo prawdziwe. Przeszkadzała mi nie od początku. Przeszkadzało mi to, że tak długo nie umiałem powiedzieć ani jednego normalnego zdania, tylko zbierałem w sobie pretensje.

Powiedziałem, że nie, ale że nie mogę dalej mieszkać jak gość we własnym domu.

Asia spakowała się trzy dni później. Michał wynajął im podobno małe mieszkanie w Ząbkach. Przy wyjściu zostawiła klucze na komodzie. Przytuliliśmy się krótko, jakoś sztywno. Powiedziała: „Dzięki za wszystko”. Nie odpowiedziałem od razu, bo bałem się, że zabrzmię chłodno.

Od tamtej pory minęły prawie dwa miesiące. Pisaliśmy kilka razy, głównie o zwykłych rzeczach. Nie jest jak dawniej. Może jeszcze będzie, a może nie.

Wczoraj po pracy zrobiłem sobie herbatę, usiadłem przy własnym stole i przez odruch nastawiłem telewizor prawie bez głosu. Dopiero po chwili podgłośniłem. W mieszkaniu było cicho, ale pierwszy raz ta cisza nie dawała mi ulgi takiej całkiem czystej.