Odeszłam od człowieka, z którym mogłam mieć spokojne życie, bo bałam się, że przestanę być sobą

Najgorsze po rozstaniu z Pawłem nie było to, że płakałam. Płakać zaczęłam dopiero po jakimś czasie, zwykle w Biedronce albo w autobusie, czyli w miejscach, gdzie człowiek ma zajęte ręce i udaje, że po prostu coś mu wpadło do oka.

Najgorsze było to, że nikt mnie nie skrzywdził w prosty, wygodny sposób. Paweł mnie nie zdradził, nie pił, nie wyzywał. Nie musiałam nikomu tłumaczyć, dlaczego uciekłam. A może właśnie przez to do dziś nie umiem sobie tego do końca wytłumaczyć.

Mam trzydzieści sześć lat. Przez prawie dziewięć byłam z Pawłem. Poznaliśmy się jeszcze w pracy, w firmie logistycznej pod Poznaniem. Ja siedziałam w dziale obsługi klienta, on planował transport. Na początku wydawał mi się strasznie poważny. Mówił mało, ale pamiętał, że nie piję kawy z mlekiem i że mam młodszą siostrę na studiach. Z czasem to właśnie mnie do niego przyciągnęło. Przy nim nie musiałam zgadywać, czy jutro będzie taki sam jak dzisiaj.

Wzięliśmy mieszkanie na kredyt na Ratajach. Dwa pokoje, trochę za mała kuchnia, balkon wychodzący na parking i plac zabaw. Mieliśmy stół kupiony z drugiej ręki, kanapę, której oboje nie znosiliśmy, i plan, żeby kiedyś zamienić ją na porządną narożną. Normalne rzeczy. W soboty sprzątanie, potem zakupy. W niedziele często obiad u jego rodziców albo u mojej mamy. Rozmawialiśmy o ślubie, tylko bez ciśnienia. O dziecku też, ale bardziej w trybie: „może za dwa lata, jak rata trochę mniej będzie bolała”.

I ja wiem, że dla wielu osób to brzmi jak szczęście. Przez długi czas dla mnie też brzmiało.

Tyle że po trzydziestce zaczęło mnie dziwnie męczyć, że o wszystkim mówimy jak o tabelce w Excelu. Kiedy wymienić samochód. Ile odkładać. Kiedy najlepiej mieć dziecko. Paweł nie robił tego ze złej woli. On po prostu tak widział życie: najpierw zabezpieczyć, potem spokojnie żyć.

A ja coraz częściej siedziałam wieczorem przy tym naszym stole i czułam, że „potem” nigdy nie nadchodzi.

Od dawna robiłam zdjęcia. Nie jakieś genialne, nie udawałam artystki. Fotografowałam koncerty znajomych, czasem śluby, czasem wnętrza dla małych kawiarni. W pracy wszyscy wiedzieli, że po godzinach biegam z aparatem. Zleceń było mało, ale każde dawało mi coś, czego nie umiałam nazwać. Jakbym na chwilę odzyskiwała oddech.

W pewnym momencie dostałam propozycję od dziewczyny, którą znałam z Instagrama. Prowadziła małe studio kreatywne w Gdańsku i szukała kogoś do zdjęć dla lokalnych marek. Nie etat. Na początek współpraca na kilka miesięcy, pieniądze nierówne, zero pewności. Ale mogłabym się przeprowadzić i spróbować.

Powiedziałam Pawłowi o tym przy kolacji. Akurat jedliśmy makaron z sosem ze słoika, bo wrócił późno.

Najpierw milczał. Potem zapytał, czy to znaczy, że mam zamiar rzucić pracę.

Powiedziałam, że nie wiem. Że może wezmę bezpłatny, może spróbuję zdalnie, może jakoś to poukładamy.

– Ale jak „poukładamy”? – zapytał. – Mieszkanie jest tutaj. Ja mam tutaj pracę. Mamy kredyt.

– Wiem, Paweł.

– No to co konkretnie proponujesz?

I nie miałam konkretnej odpowiedzi. To jest rzecz, której chyba najbardziej się wstydzę. Chciałam, żeby on zobaczył we mnie coś więcej niż osobę od raty, czynszu i planowania urlopu. Żeby powiedział: „Jedź, damy radę”. Ale on oczekiwał ode mnie planu, bo dla niego miłość polegała między innymi na tym, że nie zostawia się drugiej osoby z bałaganem.

Kłóciliśmy się o to kilka tygodni. Nie wrzeszczeliśmy. To było gorsze. Mówiliśmy cicho, zmęczeni, w przerwach między praniem a myciem naczyń.

Paweł twierdził, że nie zabrania mi fotografować, że mogę rozwijać to po godzinach. Że za rok, dwa, kiedy odłożymy więcej, możemy pomyśleć o czymś rozsądniejszym. Może nawet o przeprowadzce, jeśli dostanę naprawdę stałą pracę.

A ja słyszałam w tym tylko: „Poczekaj, aż przestanie ci się chcieć”.

Może niesprawiedliwie. Dzisiaj umiem to przyznać.

W końcu pojechałam do Gdańska na próbne zlecenie. Miałam tam być pięć dni, zostałam osiem. Spałam na rozkładanej sofie u tej dziewczyny ze studia, wracałam wieczorem oblepiona deszczem i zmęczeniem, jadłam drożdżówkę na śniadanie. I byłam szczęśliwa w taki nerwowy, niepraktyczny sposób, jakiego dawno nie czułam.

Kiedy wróciłam, Paweł czekał na mnie w mieszkaniu. Kupił nawet moje ulubione pierogi z piekarni obok. To był chyba najgorszy moment, bo on naprawdę próbował.

Powiedział, że jeśli wyjadę na kilka miesięcy, to on nie wie, co będzie z nami. Nie postawił ultimatum wprost. Powiedział tylko, że nie umie być w związku „na próbę”, kiedy jedna osoba sprawdza, czy gdzie indziej nie będzie jej lepiej.

Poczułam wtedy złość. Taką gorącą, dziecinną. Odpowiedziałam, że nie jestem jego wspólnym projektem mieszkaniowym. Że nie chcę obudzić się za dziesięć lat z dzieckiem, kredytem i pretensją do niego, że pozwoliłam sobie odpuścić.

On długo patrzył w podłogę. Potem powiedział:

– Ja też nie chcę kiedyś mieć pretensji, że zostałem sam z tym wszystkim, bo twoje życie zaczęło się gdzie indziej.

Wyprowadziłam się dwa tygodnie później. Wzięłam aparat, ubrania, książki i kubek od siostry. Reszta została, bo i tak nie miałam gdzie tego trzymać. Przez pierwszy miesiąc mieszkałam w pokoju wynajmowanym z dwiema studentkami. Miałam trzydzieści pięć lat i suszyłam bieliznę na krześle, a w lodówce podpisywałam jogurty markerem. Nie było w tym nic romantycznego.

Studio nie okazało się też wielkim przełomem. Współpraca trwała dłużej, niż zakładałam, ale pieniędzy raz starczało, a raz nie. Wróciłam do pracy zdalnej dla firmy, tylko na gorszych warunkach. Robię zdjęcia, mam kilka stałych klientów, czasem jestem z siebie dumna. Czasem przez dwa tygodnie liczę wszystko przed zakupem biletu PKP do mamy.

Paweł po pół roku sprzedał mieszkanie. Kredyt zamknęliśmy bez dramatu, choć straciliśmy trochę na kosztach i prowizjach. Podobno wynajął coś bliżej pracy. Widziałam raz jego zdjęcie przypadkiem u wspólnych znajomych. Stał przy grillu, wyglądał normalnie. To mnie zabolało bardziej, niż powinno.

Nie jesteśmy już w kontakcie. Raz napisał mi w moje urodziny: „Mam nadzieję, że jesteś tam szczęśliwa”. Odpisałam dopiero następnego dnia: „Uczę się”. I na tym się skończyło.

Nie żałuję, że spróbowałam. Gdybym została, pewnie do dziś zastanawiałabym się, czy zabrakło mi odwagi. Ale są wieczory, kiedy wracam po zdjęciach do wynajmowanego mieszkania, słyszę obcych ludzi za ścianą i nagle brakuje mi nie Pawła z jakiejś idealnej wersji wspomnień, tylko tego, że ktoś wiedział, gdzie trzymamy zapas żarówek i że nie lubię zasypiać przy włączonym telewizorze.

W zeszłym tygodniu dostałam propozycję większego zlecenia na lato. Jeśli je wezmę, będę musiała znowu dużo jeździć. Odruchowo chciałam napisać Pawłowi, że wreszcie coś mi wychodzi.

Nie napisałam. Zamiast tego długo patrzyłam na jego numer, którego jakoś nigdy nie usunęłam, a potem nastawiłam pranie, bo rano musiałam wyjechać do Warszawy.