Poszłam na ASP mimo że mama przez rok mówiła, że zmarnuję sobie życie
Pierwszą ilustrację sprzedałam za 180 złotych. Do dziś pamiętam tę kwotę, choć dla wielu osób to pewnie pieniądze na większe zakupy w Biedronce i paliwo na kilka dni.
Ja siedziałam wtedy na podłodze w wynajmowanym pokoju na Pradze, z laptopem na kolanach, i odświeżałam maila chyba co trzy minuty. Dziewczyna, która prowadziła małą kawiarnię, chciała ode mnie projekt plakatu na wydarzenie. Napisała, że przelew już poszedł i że „bardzo czuje klimat”.
Zamiast się cieszyć, pierwsze, co pomyślałam, to: mama powie, że to jednorazowe.
I powiedziała.
– Fajnie, Anka. Naprawdę. Ale z takich zleceń nie opłacisz ZUS-u ani mieszkania. Ty w ogóle wiesz, ile kosztuje życie?
Wiedziałam. Miałam wtedy 22 lata, mieszkałam z dwiema dziewczynami w mieszkaniu, gdzie zimą w kuchni wiało od okna, i liczyłam, czy starczy mi do końca miesiąca na bilet miesięczny i dentystę. Nie żyłam w jakiejś artystycznej bańce. Tylko że mama mówiła to takim tonem, jakbym specjalnie wybrała biedę, żeby jej zrobić na złość.
U nas w domu zawsze liczyło się, żeby „mieć fach”. Mama jest księgową, tata całe życie pracował w serwisie samochodowym. Oboje ciężko pracowali, nigdy nie mieliśmy luksusów, ale też nie brakowało nam podstawowych rzeczy. Mama szczególnie była dumna z tego, że umie wszystko zaplanować. Raty, wakacje nad polskim morzem, moje korepetycje z angielskiego, potem kurs maturalny.
Tylko mojej przyszłości nie umiała zaplanować inaczej niż przez prawo albo medycynę.
Od liceum słyszałam, że „jestem zdolna, ale się rozmieniam na drobne”. Rysowałam po zeszytach, robiłam plakaty na szkolne akcje, projektowałam znajomym zaproszenia na osiemnastki. W domu nikt tego nie traktował poważnie. Mama czasem pokazywała moje rysunki ciotkom, ale zaraz dodawała:
– Ania ma talent, tylko mam nadzieję, że wybierze też jakiś konkretny zawód.
„Też” było ważne. Jakby sztuka mogła być miłym dodatkiem, takim jak pieczenie ciast albo jazda na rowerze, ale nie czymś, wokół czego buduje się życie.
W klasie maturalnej sama już prawie w to uwierzyłam. Byłam dobra z biologii, może nie wybitna, ale wystarczająco dobra, żeby mama zaczęła wysyłać mi linki do kierunków medycznych. Dietetyka, analityka medyczna, pielęgniarstwo. Prawo też wracało, zwłaszcza kiedy mówiłam, że nie chcę zdawać rozszerzonej chemii.
– Po prawie masz możliwości – przekonywała. – Nie musisz od razu być prawnikiem w sądzie.
Nie umiałam jej wtedy wytłumaczyć, że samo wyobrażenie sobie pięciu lat na prawie sprawiało, że robiło mi się ciężko. Nie dlatego, że to zły kierunek. Po prostu nie mój.
O ASP powiedziałam właściwie tylko Oli. Znałyśmy się od pierwszej klasy liceum. Ona chciała iść na architekturę wnętrz, miała starszą siostrę po grafice i jako jedyna nie zrobiła wielkich oczu, gdy pokazałam jej teczkę.
– Czemu ty w ogóle pytasz, czy możesz? – powiedziała któregoś dnia w McDonaldzie przy rondzie. – Składaj papiery. Najwyżej się nie dostaniesz.
Brzmiało to prosto, ale dla mnie nie było. Przez kilka miesięcy jeździłam na przygotowanie do egzaminów w soboty, mówiąc rodzicom, że mam dodatkowy angielski. To było głupie i męczące. Wracałam z zajęć z brudnymi od węgla palcami, a mama pytała, czego się dziś uczyliśmy. Mówiłam coś o konwersacjach. Kłamałam coraz gorzej.
Prawda wyszła, gdy znalazła w mojej szafie wielką teczkę z rysunkami. Nie szukała jej specjalnie, porządkowała rzeczy przed świętami. Weszłam do pokoju i zobaczyłam ją stojącą nad tym wszystkim. Miała w ręku mój szkic martwej natury, jeszcze niepoprawiony.
– Co to jest?
Powiedziałam jej. Od razu, bez kombinowania, bo już nie miałam siły.
Najpierw była wściekła, że ukrywałam kurs. Potem chyba bardziej przestraszona niż wściekła. Mówiła szybko, że przecież nie stać nas na utrzymywanie mnie w Warszawie, że artystów są tysiące, że ja nie znam życia. Tata przez większość rozmowy milczał. Później, kiedy mama poszła do kuchni, powiedział tylko:
– Może najpierw zdaj maturę, co?
I to mnie zabolało bardziej niż jej krzyk. Jakbym nie miała nawet prawa traktować siebie poważnie.
Dostałam się na grafikę. Nie na malarstwo, jak początkowo chciałam, tylko na grafikę warsztatową. Egzamin zdałam ledwo, byłam gdzieś pod koniec listy, ale zdałam. Przez cały dzień chodziłam jak nakręcona. Ola kupiła nam po drożdżówce i siedziałyśmy na schodach przy uczelni, chociaż padało.
W domu nikt nie otworzył szampana. Mama przeczytała pismo i zapytała, czy nadal mogę złożyć dokumenty na jakiś „normalny” kierunek. Tata powiedział, że jeśli to wybieram, muszę liczyć się z tym, że po pierwszym roku będę musiała dorabiać.
To akurat było uczciwe. Dorabiałam od początku. Najpierw w kinie, potem robiłam proste grafiki do postów dla salonu kosmetycznego znajomej mamy. Paradoksalnie to mama załatwiła mi ten pierwszy kontakt, ale kiedy jej podziękowałam, odpowiedziała, że przynajmniej nauczę się terminowości.
Na studiach wcale nie było tak romantycznie, jak sobie wyobrażałam. Bywało, że oddawałam projekt i słyszałam od prowadzącego, że jest „ładny, ale pusty”. Przez pierwszy semestr prawie codziennie porównywałam się z ludźmi, którzy kończyli plastyka, mieli świetne portfolio i mówili o technikach, których nawet nie znałam. Kilka razy chciałam zrezygnować. Zwłaszcza kiedy mama dzwoniła i pytała, czy już myślałam o jakimś kursie księgowości.
Nie powiem, że nagle wszystko się ułożyło. Nie ułożyło się. Po studiach nie dostałam etatu w agencji z kolorowego Instagrama. Przez pół roku brałam wszystko: banery, menu do restauracji, poprawianie cudzych prezentacji, projekty etykiet na świece. Raz dostałam 300 zł za pracę, nad którą siedziałam cztery wieczory, i jeszcze klient napisał, że „można było bardziej kreatywnie”.
Ale z czasem zaczęli polecać mnie dalej. Dziś pracuję głównie dla małych marek i wydawnictwa edukacyjnego, z którym mam stałą umowę na część etatu. Nie zarabiam fortuny. Wciąż zdarzają mi się słabsze miesiące. Wciąż mam z tyłu głowy, że choroba albo jeden nieopłacony klient potrafią rozwalić plan na cały miesiąc.
Mama też się trochę zmieniła, tylko nie w taki filmowy sposób. Nie powiedziała: „Miałaś rację, przepraszam”. Ona tak nie mówi.
Za to ostatnio, przy rodzinnej kawie, ciocia zapytała, co właściwie robię. Mama odpowiedziała pierwsza:
– Ania projektuje. Robi rzeczy dla firm i książek. Teraz ma nawet stałą współpracę.
Powiedziała to zwyczajnie, nalewając kawę. A potem, prawie odruchowo, dodała:
– Tylko powinna sobie odkładać więcej, bo na działalności nigdy nic nie wiadomo.
Poczułam ukłucie złości, stare i znajome. Ale już się nie tłumaczyłam. Powiedziałam, że odkładam, ile mogę, i zmieniłam temat.
Nadal nie wiem, czy mama kiedykolwiek uzna moją pracę za tak prawdziwą jak jej tabelki, umowy i stała wypłata piętnastego. Chyba dla niej bezpieczeństwo zawsze będzie oznaczało coś innego niż dla mnie.
W zeszłym tygodniu przyniosłam jej plakat, który zrobiłam dla lokalnego domu kultury. Powiesiła go w przedpokoju, obok starego zdjęcia ze studniówki. Nic nie powiedziała. Tylko poprawiła róg, bo trochę odstawał od ściany.