Wynajęliśmy dom mojemu bratu, a potem sami zaczęliśmy bać się rat kredytu
Najgorsze nie było to, że mój brat przestał nam płacić za dom. Najgorsze było to, że przez długi czas codziennie sprawdzałem telefon, licząc, że zobaczę od niego zwykłe: „Przelew poszedł, przepraszam za poślizg”.
Nic takiego nie przychodziło.
Dom kupiliśmy z Anką sześć lat temu, pod Łodzią. Nie mieszkaliśmy w nim od razu, bo oboje pracowaliśmy wtedy jeszcze w mieście i wygodniej było nam zostać w naszym dwupokojowym mieszkaniu po babci Anki. Plan był prosty: wynajmujemy dom, rata kredytu w dużej części się spłaca, a za kilka lat, jak nam się trochę poukłada, przenosimy się na swoje.
Pierwszych lokatorów mieliśmy przez półtora roku. Bez rewelacji, ale płacili. Potem mój brat, Tomek, zadzwonił któregoś wieczoru. Siedziałem właśnie nad rozliczeniem za gaz, pamiętam, bo Anka robiła kanapki do pracy na następny dzień.
Tomek rozstał się wtedy z pracą w hurtowni. Oficjalnie „za porozumieniem”, ale później przyznał, że były redukcje i najpierw wyrzucili tych, którzy nie mieli znajomości. Jego żona, Karolina, była po drugim macierzyńskim i dorabiała tylko na pół etatu w drogerii. Wynajmowali małe mieszkanie na Widzewie, właściciel podniósł im czynsz, dzieci chodziły jedno do przedszkola, drugie dopiero zaczynało żłobek. Byli pod ścianą.
Powiedziałem Ance, że możemy im wynająć dom taniej niż obcym. Nawet dużo taniej. Zamiast 3200 zł plus media, ustaliliśmy 1800 zł i rachunki. Wiedzieliśmy, że to nie pokryje nam całej raty, ale uznaliśmy, że damy radę. Ja miałem wtedy stałą pracę w serwisie urządzeń chłodniczych, Anka była kadrową. Nie przelewało nam się, tylko człowiek myślał: to rodzina, przecież nie będziemy liczyć im każdej złotówki.
Na początku Tomek był wdzięczny aż do przesady. Przywiózł nam jakieś wino, dzieci narysowały obrazek z naszym domem i napisem „dziękujemy wujku i cioci”. Karolina płakała przy przekazywaniu kluczy. Ance też się wtedy oczy zaszkliły. Miałem poczucie, że robimy coś porządnego.
Przez pierwsze trzy miesiące płacili, czasem kilka dni później. Potem Tomek dostał pracę przy montażu okien. Mówił, że teraz odbiją się od dna. Tyle że pieniądze zaczęły przychodzić coraz bardziej nieregularnie. W maju zabrakło połowy czynszu. W czerwcu nic.
Dzwoniłem do niego ostrożnie, tak żeby nie brzmieć jak właściciel z ogłoszenia.
– Tomek, jak tam z tym przelewem? Bo rata nam schodzi dziesiątego.
– Stary, wiem. Wypłata miała być w piątek, ale szef przeciąga. W przyszłym tygodniu wyrównam.
Anka od początku była bardziej spięta niż ja. Nie dlatego, że ich nie lubiła. Przeciwnie, bardzo pomagała Karolinie, woziła dzieci do lekarza, kiedy nie mieli auta. Ale to ona pilnowała naszego budżetu. Wiedziała, że mamy jeszcze kredyt za samochód, ubezpieczenie domu, podatek od nieruchomości i zwykłe życie.
Gdy minęły trzy miesiące bez pełnej wpłaty, zaczęliśmy się kłócić. Najpierw cicho, po nocach, żeby sąsiedzi nie słyszeli przez cienkie ściany w bloku. Potem już normalnie.
– Ty zawsze go usprawiedliwiasz – powiedziała mi raz Anka. – A bank też mamy usprawiedliwiać? Że twój brat miał gorszy miesiąc?
– Przecież nie wyrzucę ich z dziećmi.
– Nikt nie mówi o wyrzucaniu. Mówię, żebyś przestał udawać, że to samo się załatwi.
Miała rację, tylko strasznie nie chciałem jej przyznać. Tomek był moim młodszym bratem. Jak byliśmy dzieciakami, to ja za niego obrywałem, kiedy coś narozrabiał. Po śmierci ojca też jakoś automatycznie wszyscy oczekiwali, że będę tym rozsądniejszym. I chyba sam się do tego przyzwyczaiłem.
W listopadzie zaległość wynosiła ponad osiem tysięcy. Do tego rachunki za prąd przestały być regulowane na czas. Przyszło wezwanie, potem drugie. Anka sprzedała część swoich oszczędności z konta, które odkładała na remont mieszkania. Ja wziąłem kilka dodatkowych zleceń w soboty. W domu praktycznie się mijaliśmy, a kiedy już byliśmy razem, rozmawialiśmy o pieniądzach albo milczeliśmy.
Pojechaliśmy do Tomka w niedzielę. Bez awantury, przynajmniej taki był plan. Dzieci oglądały bajkę, Karolina robiła rosół. W przedpokoju stały nowe, dość drogie buty narciarskie. Zobaczyłem je i od razu zrobiło mi się gorąco, choć wiem, że może były z promocji, może używane, może wcale nie powinienem był na nie patrzeć.
Usiedliśmy przy stole. Anka miała kartkę z rozpisanymi kwotami. Tomek nawet nie chciał jej oglądać.
– Wiem, ile jestem winien – powiedział. – Nie musisz robić ze mnie dłużnika przy mojej żonie.
Anka odpowiedziała spokojnie, aż za spokojnie:
– Ale ty jesteś naszym dłużnikiem. I my naprawdę nie mamy już z czego dokładać.
Tomek spojrzał na mnie, nie na nią.
– Czyli co? Własnego brata będziecie ścigać?
Powiedziałem, że potrzebujemy konkretu. Nie obietnicy, tylko daty i choć części pieniędzy. Zaproponowaliśmy, że od grudnia czynsz wraca do normalnej kwoty, a zaległość rozłożymy na raty. Wiedziałem, że to i tak dla nich ciężkie.
Karolina nagle zaczęła płakać. Mówiła, że Tomek ma teraz mniej zleceń, że dzieci chorują, że oni nie kupują sobie żadnych luksusów. Tomek milczał, a potem rzucił, że skoro tak liczymy, to mogą się wynieść. Tylko dokąd, tego już nie powiedział.
Nie kazaliśmy im się wynosić. Poprosiliśmy, żeby do końca tygodnia usiedli z nami i ustalili plan. Nie odezwali się.
Za to odezwała się moja mama. Najpierw zadzwoniła, potem przyszły wiadomości od ciotki i kuzynki. Że Anka mnie nastawia przeciwko rodzinie. Że człowiek człowiekowi powinien pomóc, a nie robić tabelki z długami. Ciotka napisała nawet, że „dom stoi, a dzieci potrzebują dachu nad głową”. Jakby ten dach sam nie kosztował.
W Wigilię Tomek nie przyszedł do mamy. My też nie. Mama powiedziała, że nie będzie wybierać stron, ale w praktyce przestała do mnie dzwonić. Z Karoliną kontakt urwał się całkiem.
W styczniu wysłaliśmy im formalne wezwanie do zapłaty, przygotowane przez prawnika. Ręka mi drżała, kiedy podpisywałem pełnomocnictwo. Tomek odpisał tylko jedno zdanie: „Gratuluję, udało ci się zostać obcym człowiekiem”.
Niedawno wpłynęła pierwsza część zaległości, 700 zł. Bez opisu, bez wiadomości. Nadal nie wiem, czy oni szykują się do wyprowadzki, czy po prostu znowu kupują sobie czas.
Anka mówi, że musimy wreszcie myśleć o sobie. Ja wiem, że ma rację. A jednak kiedy przejeżdżam obok naszego domu i widzę w oknie zapalone światło w pokoju dzieci, nie czuję ulgi. Czuję tylko, że nikt z nas nie wyszedł z tej pomocy taki, jak do niej wchodził.