Rodzina chciała, żebym oddała mieszkanie szwagierce. Najtrudniejsze było to, że częściowo rozumiałam ich argumenty

Mam dwa mieszkania, ale kiedy to mówię, ludzie od razu robią tę minę. Taką, jakbym była kimś bardzo zamożnym, kto ma klucze do sejfu i jeździ na wakacje trzy razy w roku.

A prawda jest taka, że jedno z nich to moje obecne mieszkanie, 48 metrów na Ursynowie, kupione jeszcze przed ślubem. Drugie jest małą kawalerką na Pradze-Północ. Kupiłam ją sześć lat temu, gdy miałam 37 lat i pracowałam po godzinach jako księgowa dla dwóch małych firm. Przez prawie cztery lata nie miałam normalnego urlopu. Nadpłacałam kredyt, choć czasem jadłam kanapki z serem przez pół tygodnia, bo po wszystkich ratach i opłatach nie chciało mi się już wydawać pieniędzy na nic więcej.

Kawalerka nie jest luksusowa. Jest po remoncie, ale ma ciemną kuchnię i łazienkę tak małą, że gdy ktoś rozłoży suszarkę na pranie, trzeba bokiem przejść do prysznica. Wynajmuję ją studentce. Czynsz od niej nie robi ze mnie bogaczki. Z grubsza pokrywa ratę, fundusz remontowy, podatek i to, co co jakiś czas trzeba tam naprawić.

Mimo to dla mnie to bezpieczeństwo. Na wypadek choroby. Na wypadek, gdyby kiedyś Tomasz stracił pracę. Na wypadek, gdybym na starość nie mogła już brać dodatkowych zleceń. Nie mamy dzieci. Nie dlatego, że nie chcieliśmy, tylko jakoś życie nam się rozjechało: leczenie, praca, zmęczenie, potem już za późno na wielkie plany. Tym bardziej te mieszkania były dla mnie czymś konkretnym, nie abstrakcją.

Problem zaczął się od Anety, żony mojego brata Krzyśka. Formalnie szwagierki, ale przez wiele lat byłyśmy naprawdę blisko. Jeździłyśmy razem nad morze, pomagałam jej wybierać suknię na ślub, a ona siedziała ze mną w szpitalu, kiedy tata miał operację serca.

Dwa lata temu Krzysiek odszedł do innej kobiety. Zostawił Anetę z dziewięcioletnią Zuzią i masą bałaganu: niespłaconymi rachunkami, samochodem na kredyt i mieszkaniem wynajmowanym w Piasecznie. Płaci alimenty, ale nieregularnie. Pracuje gdzieś na budowie w Niemczech i zawsze ma jakąś historię: że zleceniodawca mu nie przelał, że musiał naprawić auto, że „wyrówna w przyszłym miesiącu”.

Aneta pracuje w drogerii. Wiem, że ledwo wiąże koniec z końcem. I naprawdę mi jej szkoda. Zuzi najbardziej.

Początkowo pomagałam bez większego zastanowienia. Raz opłaciłam jej zaległy prąd, innym razem kupiłam Zuzi buty zimowe i podręczniki do angielskiego. Tomasz nie był zachwycony, ale nie robił awantur.

Potem mama zadzwoniła do mnie w niedzielę rano. Stałam wtedy w kolejce po pieczywo, pamiętam nawet, że przede mną był pan z jamnikiem i kłócił się o to, czy pies może wejść do sklepu.

– Marta, ty powinnaś oddać Anecie tę kawalerkę – powiedziała bez żadnego wstępu.

Myślałam, że chodzi jej o to, żebym wynajęła ją taniej.

– Mamo, ona jest wynajęta. Mam umowę do czerwca.

– No to po czerwcu. Aneta mogłaby tam zamieszkać z Zuzią. Przestałaby płacić obcym ludziom za wynajem. Ty masz gdzie mieszkać, Tomasz też zarabia. A oni są sami.

Powiedziałam, że mogę porozmawiać z Anetą o niższym czynszu. Że mogę jej wynająć mieszkanie właściwie po kosztach, jeśli tylko będzie w stanie opłacać administrację i rachunki.

Mama chwilę milczała.

– Ty dalej nie rozumiesz. Ona nie potrzebuje kolejnego właściciela nad głową. Potrzebuje czegoś swojego. Powinnaś jej przepisać mieszkanie.

Aż wyszłam z kolejki, bo poczułam, że robi mi się gorąco. Ludzie patrzyli, jak stoję z telefonem i ściskam w ręku pustą siatkę.

– Mamo, ja nie mogę po prostu oddać mieszkania wartego kilkaset tysięcy.

– Możesz. Tylko nie chcesz. A to jest różnica.

Od tamtej rozmowy temat wracał przy każdym spotkaniu. Na imieninach mamy. Przy obiedzie w drugi dzień świąt. Nawet kiedy przyszłam do niej zanieść leki, bo skręciła kostkę.

Mama mówiła, że tata „przewracałby się w grobie”, gdyby widział, jak zostawiam rodzinę samą w takim momencie. Przypominała, że Aneta była przy nim w szpitalu. To prawda. Tyle że ja też byłam, tylko mama najwyraźniej tego nie liczyła.

Ciotka Ela dodała od siebie, że przecież nie mam dzieci, więc „dla kogo ja to wszystko chomikuję”. Powiedziała to nad sałatką jarzynową, jakby pytała, czy chcę dokładkę.

Najgorsze było to, że Aneta sama nigdy nie poprosiła mnie o mieszkanie. To mama rozkręciła całą sprawę. Aneta, kiedy w końcu się spotkałyśmy, była blada i spięta. Powiedziała tylko:

– Wiem, co twoja mama mówi. Ja jej nie kazałam. Ale… Marta, ja już naprawdę nie wiem, jak mam to wszystko udźwignąć.

I wtedy poczułam się jak ostatnia egoistka. Bo patrzyłam na kobietę, którą znałam od dwudziestu lat, i wiedziałam, że ona nie kombinuje. Była po prostu zmęczona. Zuzia siedziała obok, robiła zadanie z polskiego i poprawiała gumką jedno zdanie tak długo, aż przetarła kartkę.

Przez kilka dni naprawdę rozważałam darowiznę. Nawet sprawdziłam w internecie, jak to wygląda u notariusza i ile byłoby formalności. Potem przypomniałam sobie kredyt, który jeszcze spłacam. Przypomniałam sobie, że Tomasz od roku ma problemy ze zleceniami w swojej firmie instalacyjnej. I że jeśli oddam mieszkanie, nie dostanę go już z powrotem, nawet gdy za dwa lata sama znajdę się pod ścianą.

Pokłóciłam się z Tomaszem, choć on nie naciskał ani w jedną, ani w drugą stronę. Powiedział tylko, że decyzja jest moja, ale żebym nie robiła czegoś ze strachu przed tym, że mama przestanie się do mnie odzywać.

To mnie zabolało, bo dokładnie tego się bałam.

W końcu zadzwoniłam do Anety i zaproponowałam konkretnie: po wyprowadzce obecnej lokatorki może zamieszkać w kawalerce. Bez kaucji. Czynsz tylko taki, żeby pokryć opłaty do wspólnoty i rachunki, a przez pierwsze pół roku mogę dopłacać jej część. Miałyśmy też razem pójść do prawnika, żeby uporządkować alimenty i sprawdzić, co można zrobić, gdy Krzysiek znowu przestanie płacić.

Aneta się rozpłakała. Powiedziała, że to i tak więcej, niż mogła oczekiwać.

Mama nie była zadowolona.

– Czyli nadal będziesz na niej zarabiała – rzuciła.

Nie odpowiedziałam. Bo częściowo miała rację: mieszkanie nadal zostanie moje. I nie, nie oddam go. Nawet jeśli przez jakiś czas będę przez to tą zimną, wyrachowaną córką.

Wczoraj mama wysłała mi zdjęcie Zuzi w szkolnym stroju na przedstawienie. Bez komentarza. Odpisałam, że pięknie wygląda, i zapytałam, o której jest występ. Mama odczytała wiadomość, ale nie odpisała.

Za to Aneta napisała wieczorem, że znalazła dodatkowe godziny w pracy i pyta, czy w kawalerce dałoby się zmieścić małe biurko dla Zuzi. Odpisałam, że pewnie. Muszę tylko zmierzyć tę ścianę przy oknie.