Przestałam codziennie jeździć do brata i dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo bałam się pustego mieszkania

Najgorsze nie było mycie bratu włosów nad umywalką ani zakupy robione w pośpiechu po pracy. Najgorsze było to, że zaczęłam znać godziny, w których jego telefon milczał, a mój dzwonił.

O dziewiątej rano: czy przyszedł rehabilitant. O trzynastej: co zje na obiad. Wieczorem: czy wziął tabletki. Jeśli do dwudziestej drugiej nie zadzwonił, siedziałam w swoim mieszkaniu na Starym Mieście w Toruniu i udawałam, że oglądam serial, ale co chwilę sprawdzałam ekran telefonu.

Mam sześćdziesiąt dwa lata, pracuję jeszcze na pół etatu w bibliotece szkolnej. Miałam przejść na emeryturę rok temu, ale została mi rata za remont łazienki i jakoś nie umiałam odpuścić pracy. Poza tym w bibliotece ktoś do mnie mówił normalnie: „Pani Haniu, ma pani tę książkę?” albo „Herbata będzie?”. U brata byłam głównie od rzeczy do zrobienia.

Marek jest ode mnie o cztery lata starszy. Zawsze był tym bardziej zaradnym. Mechanik samochodowy, własny garaż, znajomi, działka pod Chełmżą, wieczne grzebanie przy czymś. Kiedy trzy lata temu dostał udaru, wszystko się odwróciło w jedno popołudnie.

Jego syn, Kamil, mieszka w Holandii. Córka, Paulina, w Gdańsku, ma małe dziecko i pracuje na zmiany w hotelu. Oboje przyjeżdżali, dzwonili, przysyłali pieniądze na rehabilitację, nie mogę powiedzieć. Ale to ja mieszkałam dwie dzielnice dalej. To ja pojechałam z Markiem na wypis ze szpitala. To ja pierwszy raz zobaczyłam, jak próbuje zapiąć guziki lewą ręką i nagle rzuca koszulą o podłogę, bo prawa była jeszcze bezwładna.

Powiedział wtedy:

– Hanka, ja nie będę tak żył.

A ja odpowiedziałam coś głupiego, bardzo szybko:

– Będziesz. Powoli, ale będziesz.

I chyba od tamtej chwili uznałam, że to moje zadanie.

Na początku przyjeżdżałam codziennie przed pracą i po pracy. Robiłam mu kanapki, nastawiałam pranie, pilnowałam wizyt. Załatwiłam opiekunkę z MOPS-u, chociaż Marek kręcił nosem, że „obca baba będzie mu po szafkach chodzić”. Pomogłam wypełnić papiery o świadczenie rehabilitacyjne, potem o stopień niepełnosprawności. Nie znałam się na tym wszystkim, siedziałam nocami na stronach urzędów i dzwoniłam po infoliniach.

Byłam zmęczona, ale też potrzebna. Wstyd się przyznać, jak bardzo to drugie mnie trzymało.

Mój mąż zmarł dziewięć lat temu. Nie mieliśmy dzieci. Po jego śmierci długo nie umiałam nawet kupować dla siebie pojedynczych bułek. Zawsze brałam dwie, a potem jedna czerstwiała w chlebaku. Z czasem człowiek przywyka do ciszy, ale nie znaczy to, że jej nie słyszy.

Przy Marku znowu ktoś czekał na mój przyjazd. Nawet jeśli czekał głównie na zupę, czyste ręczniki i podładowany telefon.

Po roku zaczął chodzić z laską. Powoli, nierówno, ale chodził. Rehabilitant mówił, że ma charakter, tylko strasznie się złości, gdy coś mu nie wychodzi. Ja myślałam, że to dobry znak. Złość oznaczała, że jeszcze mu zależy.

Potem ta złość zaczęła być skierowana we mnie.

Najpierw o drobiazgi.

– Nie kupuj mi tej margaryny, przecież wiesz, że jej nie znoszę.

– Marek, była promocja, a ty i tak prawie nie jesz masła.

– To nie kupuj wcale, jak masz decydować za mnie.

Innym razem przyszłam i zobaczyłam, że sam próbował wejść do wanny. Złapałam go za łokieć, bo się przestraszyłam. Szarpnął ręką.

– Nie jestem twoim pacjentem.

Pamiętam, że wtedy nic nie powiedziałam. Umyłam kubek po kawie, poprawiłam mu dywanik w łazience i wyszłam wcześniej. Na klatce schodowej usiadłam na półpiętrze, bo nogi mi się trzęsły. Jakaś sąsiadka minęła mnie z psem i zapytała, czy wszystko w porządku. Odpowiedziałam, że gorąco mi.

A był listopad.

Najbardziej zabolało mnie w maju, kiedy Kamil przyjechał na tydzień z Holandii. Siedzieliśmy u Marka na balkonie. Kamil robił kiełbasę na elektrycznym grillu, Paulina przywiozła sernik. Przez chwilę było prawie jak dawniej, tylko Marek mówił wolniej i co jakiś czas poprawiał rękę na poręczy krzesła.

Kamil powiedział, że może ojciec powinien pomyśleć o mieszkaniu bliżej niego. Że w Holandii są dobre ośrodki, że mógłby wynająć coś na parterze. Marek od razu się oburzył.

– Ja nigdzie nie jadę. Mam tu swoje życie.

– Tato, ale Hania też ma swoje życie – powiedziała Paulina cicho.

I wtedy Marek spojrzał na mnie tak, jakbym była kimś, kto właśnie wszedł do pokoju bez pukania.

– Hania może robić, co chce. Nikt jej nie prosił, żeby urządzała mi życie.

Nie wiem, czy on naprawdę tak myślał, czy po prostu przy dzieciach chciał udowodnić, że nie jest zależny. Ale nagle przypomniały mi się wszystkie poranki z torbami zakupów, odwołane spotkania, telefon przy łóżku, nawet to, że dwa razy odmówiłam koleżankom wyjazdu nad morze, bo „Marek będzie sam”.

Powiedziałam:

– Masz rację. Nie prosiłeś.

Paulina spojrzała na mnie przerażona. Kamil przestał obracać kiełbasę. A Marek wzruszył ramionami, jakby sprawa dotyczyła źle postawionego krzesła.

Przez następne dni nie pojechałam do niego. Zadzwoniłam tylko wieczorem. Pierwszego dnia nie odebrał. Drugiego powiedział, że opiekunka była, a obiad zamówił przez aplikację, choć pomylił adres i kurier stał pod innym blokiem. Trzeciego dnia powiedział:

– Nie musisz dzwonić jak kontroler z elektrowni.

Rozłączyłam się i płakałam nad garnkiem z krupnikiem, którego ugotowałam odruchowo dla dwóch osób.

Potem zadzwoniła Paulina. Nie broniła ojca. Powiedziała tylko, że on się boi. Że jak ja przestanę przyjeżdżać, będzie musiał przyznać, ile rzeczy naprawdę nie potrafi zrobić. A ja powiedziałam jej coś, czego sama się po sobie nie spodziewałam:

– Ja też się boję. Tylko nikt mnie o to nie pyta.

Od tamtej rozmowy minęły cztery miesiące. Nadal pomagam Markowi, ale nie codziennie. Jeżdżę we wtorki i soboty, chyba że jest lekarz albo jakaś nagła sprawa. Zakupy zamawia sobie sam, choć czasem dzwoni, bo nie wie, czemu zamiast mleka przyszło mleko bez laktozy. Ma więcej godzin opieki, bo Paulina dopilnowała wniosku. Kamil opłaca prywatnego rehabilitanta raz w tygodniu.

Marek nie przeprosił mnie wprost. To nie w jego stylu. Ostatnio, kiedy wychodziłam, podał mi słoik ogórków z działki sąsiada i powiedział:

– Weź, bo ja tego nie przerobię.

Prawie odpowiedziałam ostro, że zawsze mogę zrobić, co chcę. Ale wzięłam te ogórki.

W domu długo stały na blacie, obok rachunku za prąd i niedokończonej krzyżówki. Nie poczułam ulgi. Raczej coś pomiędzy winą a spokojem.

W piątek mam iść z koleżanką z biblioteki do kina. Już dwa razy chciałam jej odwołać, bo Marek kaszle i pogoda ma się zepsuć. Na razie jednak bilet leży w portfelu. I nie dzwonię do niego, żeby zapytać, czy na pewno ma w domu herbatę.