Ciotka pożyczyła nam pieniądze na firmę, a po latach próbowała odebrać nam klientów

Najgorsze nie było to, że ciotka przestała do nas dzwonić. Najgorsze było, kiedy zadzwonił do mnie Marek z hurtowni i takim dziwnym, ostrożnym głosem zapytał, czy „wszystko u nas jest w porządku finansowo”.

Marek znał mnie od dziesięciu lat. Sprzedawał nam materiały praktycznie od początku działalności. Wiedział, że czasem zapłacimy dwa dni później, bo klient przeciągnął przelew, ale nigdy nie było sytuacji, żebyśmy zostawili go z niezapłaconą fakturą.

Zapytałem, skąd w ogóle takie pytanie.

Powiedział, że nie chce mieszać się w rodzinne sprawy, ale podobno ktoś rozpowiada po mieście, że nasza firma ledwo stoi, mamy długi, a ludziom nie płacimy na czas. I że podobno „bogacimy się cudzym kosztem”.

Od razu wiedziałem, kto to.

Ciotka Irena, siostra mojej mamy, pożyczyła nam kiedyś 35 tysięcy złotych. To było w 2013 roku. Dzisiaj to może nie brzmi jak wielka fortuna, ale wtedy dla mnie i Marty było to wszystko. Mieliśmy po trzydzieści kilka lat, kredyt na dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach miasta i jedno stare kombi, którym woziłem narzędzia. Marta pracowała jeszcze na pół etatu w sklepie z wyposażeniem wnętrz, a po nocach robiła kosztorysy i odbierała maile od klientów.

Założyliśmy firmę remontowo-wykończeniową. Ja znałem się na robocie, przez lata pracowałem u innych, Marta ogarniała papiery, zamówienia i rozmowy z ludźmi. Początek był ciężki. Raz robiliśmy łazienkę w mieszkaniu po babci, gdzie instalacja pamiętała chyba Gierka, a innym razem przez trzy tygodnie jedliśmy prawie codziennie makaron, bo klient wstrzymał płatność i czekaliśmy na pieniądze.

Ciotka Irena pożyczyła nam te pieniądze bez odsetek. Spisaliśmy zwykłą umowę, bo Marta od początku mówiła, że w rodzinie tym bardziej trzeba mieć wszystko jasno. Ciotka trochę się wtedy obraziła.

– Mnie będziecie na papier brać? – rzuciła.

Ale podpisała. Pieniądze poszły na busa, sprzęt i pierwsze większe zamówienie materiałów. Oddaliśmy całość po dwóch latach, przelewami. Nawet za szybko, bo Marta uparła się, że nie chcemy potem żadnych niedomówień. Ciotka na urodzinach mamy mówiła wtedy wszystkim, że jesteśmy pracowici i że „warto było w młodych zainwestować”. Było mi miło, nie będę udawał.

Przez kolejne lata firma rzeczywiście ruszyła. Nie staliśmy się żadnymi milionerami. Kupiliśmy większe mieszkanie, wynajęliśmy mały magazyn i zatrudniliśmy trzech ludzi. Mieliśmy też okresy gorsze, zwłaszcza po pandemii, ale jakoś to szło. Najbardziej cieszyło mnie, że nie musiałem już brać każdej roboty za pół darmo i wracać do domu po dwudziestej, cały w pyle.

Problem zaczął się od jej syna, Pawła.

Paweł jest ode mnie młodszy o sześć lat. Nigdy nie byliśmy blisko, ale na rodzinnych spotkaniach normalnie gadaliśmy. Tyle że on od zawsze miał kłopot z utrzymaniem się gdziekolwiek dłużej. Raz pracował na stacji, potem w markecie budowlanym, później w jakiejś firmie ochroniarskiej. Wszędzie, według ciotki, trafiał na ludzi, którzy go wykorzystywali albo się na niego uwzięli.

Gdy Paweł stracił kolejną pracę, ciotka zadzwoniła do mnie wieczorem. Powiedziała właściwie nie zapytała, tylko oznajmiła, że od poniedziałku Paweł może przyjść do nas „na próbę”.

Przez chwilę myślałem, że źle usłyszałem.

Powiedziałem, że nie mogę tak zatrudniać człowieka z dnia na dzień, bez rozmowy, bez sprawdzenia, czy w ogóle pasuje do pracy. A poza tym potrzebowaliśmy wtedy kogoś z doświadczeniem przy płytkach wielkoformatowych, bo mieliśmy konkretne zlecenia.

Ciotka odparła, że Paweł szybko się nauczy i że przecież dla rodziny można zrobić wyjątek.

Marta, kiedy jej to opowiedziałem, od razu powiedziała: „Nie mieszajmy go do firmy”. I miała rację. Wiedzieliśmy, jak to się skończy. Albo Paweł będzie przychodził, kiedy zechce, albo będziemy musieli patrzeć, jak inni robią za niego, bo ciotka zadzwoni z pretensjami, że go za ostro traktujemy.

Spotkaliśmy się z Pawłem w kawiarni. Chciałem to załatwić po ludzku. Powiedziałem mu, że mogę podpytać znajomych, mogę dać kontakt do ekipy, która szuka pomocnika, ale u nas na razie nie ma etatu dla niego.

Siedział nad kawą i nawet nie wyglądał na zaskoczonego. Tylko wzruszył ramionami.

– Spoko. I tak wiedziałem, że będziecie udawać wielkich przedsiębiorców.

To zabolało, ale nie odpowiedziałem. Pewnie powinienem był wtedy zadzwonić do ciotki i wyjaśnić wszystko od razu. Zamiast tego uznałem, że ochłonie.

Nie ochłonęła.

Najpierw przestała przychodzić na rodzinne obiady. Potem mama powiedziała mi, że Irena opowiada, jak to „zapomnieliśmy, komu zawdzięczamy start”. Później zaczęły do Marty docierać wiadomości od znajomych. Ktoś napisał na lokalnej grupie facebookowej, że podobno bierzemy zaliczki i znikamy. Post szybko zniknął, ale kilka osób zdążyło go udostępnić.

Najgorsze było to, że te plotki nie były całkiem absurdalne. Były zbudowane z prawdziwych kawałków. Tak, wzięliśmy kiedyś zaliczkę od klienta, bo trzeba było zamówić kuchnię na wymiar. Tak, mieliśmy opóźnienie przy jednym remoncie, bo dostawca pomylił płyty. Tak, ciotka pożyczyła nam pieniądze. Tylko między tymi faktami dopowiedziano rzeczy, których nigdy nie było.

Marta przez kilka tygodni praktycznie nie odpuszczała telefonu. Oddzwaniała do klientów, dopilnowywała, żeby faktury i protokoły były wysłane od razu. Ja z kolei jeździłem na budowy bardziej spięty niż zwykle. Zacząłem się zastanawiać, czy każdy klient patrzy na mnie jak na oszusta.

Przesadziłem też w drugą stronę. Jednego dnia nakrzyczałem na naszego pracownika, Kubę, bo spóźnił się czterdzieści minut. Zwykle bym spytał, co się stało. Tym razem od razu wybuchłem. Kuba wyszedł bez słowa, a wieczorem napisał, że jego córka miała gorączkę i musiał czekać na zmianę żony. Do dziś mi głupio, bo wtedy całą złość na ciotkę wylałem na człowieka, który nie miał z tym nic wspólnego.

Zaczęliśmy zbierać screeny, daty, wiadomości. Nie po to, żeby od razu iść do sądu. Szczerze mówiąc, na samą myśl o tym robiło mi się niedobrze. Ale musieliśmy wiedzieć, co konkretnie krąży. Jeden z klientów powiedział nam wprost, że zadzwoniła do niego starsza pani, przedstawiła się jako rodzina i ostrzegała, że możemy nie dokończyć zlecenia.

To było już za dużo.

Marta napisała do ciotki krótką wiadomość, bez wyzwisk. Że spłaciliśmy pożyczkę, że zatrudnienie Pawła nie było naszą powinnością i że jeśli nadal będzie kontaktować się z naszymi klientami, będziemy zmuszeni szukać pomocy prawnej.

Ciotka nie odpisała. Za to mama zadzwoniła zapłakana, bo Irena stwierdziła, że ją nastawiamy przeciwko rodzinie.

Od tamtej pory minęło osiem miesięcy. Dwóch klientów zrezygnowało, choć nie wiem, czy przez plotki. Kilku zostało z nami i nawet poleciło nas dalej. Marek z hurtowni powiedział mi później, że zna nas za długo, żeby wierzyć w takie rzeczy.

Paweł podobno pracuje teraz przy rozwożeniu jedzenia. Ciotki nie widziałem od zeszłej Wigilii, na którą i tak nie przyszła. Mama nadal mówi, że może powinniśmy pierwsi wyciągnąć rękę, bo „Irena jest sama i przeżywa”. Być może przeżywa. Ja też.

W zeszłym tygodniu przyszła do nas pocztą kartka z życzeniami na święta. Bez podpisu, ale charakter pisma rozpoznałem od razu. Marta położyła ją na stole i zapytała, czy mam zamiar odpisać.

Nie odpowiedziałem jej od razu. Musiałem jeszcze rano jechać na pomiar do klienta, a w busie znowu zapaliła się kontrolka silnika.