Oddałem siostrze swój pokój „na kilka tygodni” i przestałem czuć się u siebie

Najpierw zniknął mój kubek.

Ten granatowy, wyszczerbiony przy uchu, który dostałem kiedyś na firmowym mikołajkowym losowaniu. Nikt normalny by go nie chciał, ale codziennie rano piłem z niego kawę przy biurku. Pewnego dnia znalazłem go w szafce, za talerzami, a na blacie stał nowy komplet białych kubków z Pepco.

– Ten stary wyglądał jak ze śmietnika – powiedziała Magda, kiedy zapytałem.

Powiedziała to zwyczajnie, nawet się uśmiechnęła. I ja też wtedy nic nie powiedziałem. To tylko kubek, pomyślałem.

Magda jest moją starszą siostrą. Ma czterdzieści trzy lata, ja trzydzieści osiem. Przez większość życia byliśmy raczej blisko, chociaż nie w tym sensie, że codziennie do siebie dzwoniliśmy. Ona miała męża, potem rozwód, dwie córki i mieszkanie pod Piasecznem. Ja pracuję jako informatyk w małej firmie logistycznej, bez dzieci, bez żony. Pięć lat temu kupiłem na kredyt dwupokojowe mieszkanie na Bródnie. Ma 48 metrów, więc nie jest wielkie, ale było moje. Pierwsze miejsce, w którym nie musiałem się do nikogo dostosowywać.

W zeszłym listopadzie Magda miała wypadek. Nie jakiś medialny dramat, tylko zwykłe zderzenie na skrzyżowaniu, mokra jezdnia, ktoś wymusił pierwszeństwo. Złamała nogę w dwóch miejscach i uszkodziła bark. Dziewczyny były akurat u ich ojca na weekend. Jej mieszkanie jest na trzecim piętrze bez windy, a ona przez pierwsze tygodnie ledwo poruszała się o kulach.

Zaproponowałem, żeby zamieszkała u mnie, dopóki nie dojdzie do siebie. Mam parter. Szpital jest niedaleko, do rehabilitacji też miała dobry dojazd. Mój gabinet, czyli drugi pokój, miał rozkładaną kanapę. Pracuję częściowo z domu, ale uznałem, że jakoś to ogarnę przy kuchennym stole.

– Maksymalnie miesiąc, może półtora – powiedziała.

Wtedy naprawdę chciałem pomóc. Nie udawałem. Pamiętam, jak przywiozłem ją ze szpitala, blada, w za dużej kurtce, z reklamówką leków. Płakała, bo nie mogła sama włożyć skarpetki. Było mi jej zwyczajnie żal. Człowiek w takim momencie nie liczy metrów kwadratowych ani nie pilnuje swojego fotela.

Pierwsze tygodnie były nawet w porządku. Robiłem zakupy, podawałem jej zastrzyki przeciwzakrzepowe, bo bała się sama. Wieczorami oglądaliśmy jakiś głupi program o remontach. Czasem się śmialiśmy jak dawniej.

Potem przyjechały dziewczyny. Początkowo tylko na dwa dni, bo ich tata miał wyjazd służbowy. Lena ma piętnaście lat, Zosia jedenaście. Nie mam do nich pretensji. Dzieci nie wybierają takich rzeczy. Problem był taki, że po tych dwóch dniach ich tata stwierdził, że nie da rady ich odebrać, bo „sytuacja mu się skomplikowała”. Potem zaczął odbierać je co drugi weekend, a w końcu Magda przestała nawet mówić, kiedy dokładnie mają wracać.

Moja kanapa w gabinecie została rozłożona na stałe. Na biurku, gdzie miałem dwa monitory, pojawiły się zeszyty, gumki do włosów i ładowarki. Przeniosłem komputer do sypialni. Przez jakiś czas pracowałem z łóżka, z laptopem na kolanach. Szef raz zapytał na spotkaniu, czy wszystko u mnie w porządku, bo kamera była ciągle wyłączona i słyszał w tle kłótnie o suszarkę.

Mówiłem, że to przejściowe.

Tyle że w mieszkaniu zaczęły zapadać drobne decyzje beze mnie. Magda przestawiła stół, bo „tu będzie wygodniej dziewczynkom odrabiać lekcje”. Wyrzuciła mój stary regał, który stał przy wejściu, bo podobno zbierał kurz i zagracał przedpokój. Kiedy powiedziałem, że chciałem go zostawić, odparła:

– Bartek, no przecież masz tam trzy instrukcje od routerów i płytę CD U2 z 2004 roku.

To prawda, miałem. I jeszcze kilka rzeczy. Ale nie chodziło o regał. Coraz częściej wracałem z pracy i czułem się jak gość, który powinien najpierw zapytać, czy może wejść do kuchni.

Najgorsze były wieczory. Zawsze lubiłem siedzieć sam, czasem do późna, ze słuchawkami i filmem, nawet niekoniecznie dobrym. Teraz Magda kładła się wcześnie, dzieci chodziły do szkoły, więc telewizor musiał być ciszej, czajnik też „niepotrzebnie hałasował”, a prysznic po dwudziestej drugiej był problemem, bo Zosia miała lekki sen.

Pewnej soboty wróciłem od kolegi. Była może dwudziesta trzecia. W przedpokoju zobaczyłem stojak na buty, którego nie kupowałem. Moje buty sportowe stały na balkonie, bo w szafce „nie było już miejsca”.

Nie wszedłem nawet do środka. Stałem chwilę na klatce schodowej z torbą po kebabie i miałem absurdalną ochotę zadzwonić domofonem, jakbym przyszedł w odwiedziny.

Dwa dni później powiedziałem Magdzie, że musimy ustalić jakiś termin. Noga zrastała się dobrze, rehabilitant mówił, że może już chodzić po schodach powoli, z asekuracją. Wiedziałem, że powrót do mieszkania będzie dla niej niewygodny. Wiedziałem też, że jej były mąż jest fatalny jako ojciec i potrafi wszystko zrzucić na innych.

– Czyli przeszkadzamy ci – powiedziała od razu.

– Nie powiedziałem tego.

– Ale to masz na myśli.

– Mam na myśli, że od czterech miesięcy śpię przy biurku w sypialni i nie mam gdzie normalnie pracować.

Magda długo milczała. Potem powiedziała, że nie spodziewała się tego po mnie. To zdanie zabolało mnie chyba bardziej, niż powinno. Jakbym przez całe te miesiące nic nie robił, a tylko czekał na okazję, żeby ją wyrzucić.

Oczywiście potem pokłóciliśmy się już o wszystko. O rachunki, choć dokładała się mniej, niż realnie kosztowało jedzenie i prąd. O dziewczynki, choć mówiłem, że nie o nie chodzi. O jej byłego męża, którego nazwałem darmozjadem, a ona krzyknęła, że łatwo mi oceniać, bo nigdy nie musiałem sam wychowywać dzieci.

W tym też miała rację.

Nie wyprowadziła się wtedy. Ustaliliśmy, że do końca marca wróci do siebie, a ja pomogę jej ogarnąć zakupy i zawieźć część rzeczy. Jest połowa marca. W salonie nadal stoi rozłożona kanapa, a moje monitory są pod ścianą, przykryte kocem, żeby Zosia ich nie porysowała.

Dzisiaj rano znalazłem mój granatowy kubek. Magda nalała sobie do niego herbatę i nawet chyba nie pamiętała, że kiedyś mi go schowała. Patrzyłem na niego chwilę, potem wyciągnąłem z szafki biały kubek i zrobiłem sobie kawę.

Nie chciałem zaczynać kolejnej rozmowy przed szkołą dziewczynek. Ale po południu mam zadzwonić do firmy przeprowadzkowej i sprawdzić, ile kosztuje wniesienie rzeczy na trzecie piętro. Już nie pytam Magdy, czy to dobry moment.