Wróciłam ze szpitala z synem i zrozumiałam, że w tym mieszkaniu jestem sama
Najbardziej pamiętam zapach w mieszkaniu, kiedy wróciliśmy ze szpitala. Nie jakiś straszny ani brudny. Po prostu stęchłe powietrze, kawa sprzed kilku godzin i chipsy paprykowe.
Stałam w przedpokoju z Antkiem w foteliku, wciąż obolała po porodzie, w za dużej kurtce, bo nie miałam siły przekładać rzeczy do normalnej torby. Paweł otworzył nam drzwi w dresie, z telefonem w ręce. Nawet nie wiem, czy spojrzał najpierw na syna, czy na ekran.
– Już jesteście – powiedział.
Tyle.
W szpitalu wyobrażałam sobie ten powrót zupełnie inaczej. Nie potrzebowałam balonów ani transparentu. Chciałam tylko, żeby w domu było jako tako przygotowane: czysta łazienka, coś lekkiego do jedzenia, przewietrzony pokój, pościel. Przez ostatnie tygodnie ciąży mówiłam mu o tym wiele razy. Prosiłam konkretnie, nawet robiłam listę na lodówce.
Paweł zawsze odpowiadał: „Dobra, ogarnę”.
Na liście wisiały te same punkty, tylko jeden był skreślony: „kupić wodę”. Kupił zgrzewkę, ale postawił ją w przedpokoju i nawet nie wniósł do kuchni.
– Gdzie mam położyć małego? – zapytałam, bo ręce drżały mi już od noszenia fotelika.
– No, do łóżeczka chyba – odpowiedział, jakbym go o coś dziwnego pytała.
Łóżeczko stało, owszem. Tylko w środku leżały jeszcze kartony po paczkach, jakieś jego stare kable i zmięta folia po materacu. Wiedziałam, że powinnam wtedy po prostu usiąść i powiedzieć, że nie daję rady. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać te rzeczy jedną ręką, a drugą przytrzymywałam fotelik.
Paweł westchnął.
– Daj, zrobię to, tylko nie panikuj od progu.
To „nie panikuj” zostało ze mną na długo.
Pierwszej nocy Antek płakał prawie bez przerwy. Karmiłam go, przewijałam, próbowałam odbić, chodziłam z nim po mieszkaniu. Po porodzie wszystko mnie ciągnęło i bolało, miałam wrażenie, że ciało nie należy do mnie. Paweł spał w sypialni. Około czwartej rano weszłam tam z małym na rękach.
– Możesz go chwilę potrzymać? Muszę do toalety i naprawdę ledwo stoję.
Otworzył jedno oko.
– Karolina, ale jutro mam pracę.
– Ja też mam jutro dziecko. Tak samo jak dziś.
Nie odpowiedział. Odwrócił się do ściany. W końcu położyłam Antka na chwilę w łóżeczku, choć płakał tak, że ściskało mnie w środku, i pobiegłam do łazienki.
Rano Paweł zachowywał się, jakby nic się nie stało. Zrobił sobie kawę, usiadł przy komputerze, bo pracował z domu trzy dni w tygodniu. Zapytał, czy mamy mleko. Powiedziałam, że nie wiem, bo nie jadłam śniadania i nie miałam nawet kiedy zajrzeć do lodówki.
– No ale przecież jesteś cały dzień w domu – rzucił.
Najgorsze, że przez moment zrobiło mi się głupio. Jakbym faktycznie przesadzała. Przecież inne kobiety rodzą, wracają do domów, jakoś funkcjonują. Moja mama wychowała mnie i brata w małym mieszkaniu, kiedy tata jeździł w trasy. Nie narzekała. Tyle że moja mama też do dziś mówi, że wtedy nie pamięta połowy pierwszego roku mojego życia.
Kolejne dni zlały mi się w jedno. Pranie dziecięcych bodziaków, niedopita herbata, wiadomości od położnej, płacz Antka przed wieczorem. Paweł potrafił wziąć go na pięć minut i zrobić sobie z nim zdjęcie, które wysyłał rodzinie. „Mój mały szef”, „Chłopaki”. Potem oddawał mi dziecko, gdy tylko Antek zaczynał się wiercić.
– On chyba chce do mamy – mówił.
Jakby mama była jedyną osobą, która ma obowiązek się nauczyć, co robić.
W piątym dniu po powrocie poprosiłam go, żeby po pracy zrobił zakupy i żebym mogła wziąć prysznic. Taki normalny, nie trzy minuty z uchem nastawionym na płacz. Powiedział, że jasne.
Wrócił po dziewiętnastej bez zakupów. Spotkał kolegę pod sklepem i poszli „tylko na jedno”. Nie był pijany, ale pachniał piwem. Kiedy zobaczył moją minę, od razu się nastawił.
– Nie rób ze mnie jakiegoś potwora. Jedno piwo wypiłem.
– Chodzi o zakupy. I o to, że czekałam, bo obiecałeś.
– Karolina, ty teraz wszystko bierzesz do siebie. Hormony ci buzują. Dziecko jest małe, potrzebuje matki, to normalne. Ja nie umiem karmić, nie?
Pamiętam, że Antek spał wtedy w gondoli. Stałam przy blacie kuchennym i patrzyłam na brudne talerze z poprzedniego dnia. Nagle dotarło do mnie, że Paweł nie był zagubiony. On nie potrzebował instrukcji ani czasu. On po prostu uważał, że to nie jego sprawa.
Powiedziałam cicho:
– Nie proszę cię, żebyś karmił piersią. Proszę cię, żebyś był ojcem i mężem.
Wzruszył ramionami.
– Przecież pracuję. Kredyt sam się nie spłaci.
To było prawdą. Rata za nasze dwupokojowe mieszkanie była duża, a ja byłam na macierzyńskim i miałam dostawać mniej niż zwykle. Tylko że ja nie mówiłam o pieniądzach. Nigdy nie oczekiwałam, że będzie siedział ze mną całymi dniami. Chciałam, żeby wniósł zakupy, zrobił zupę, potrzymał własnego syna, kiedy płaczę w łazience ze zmęczenia.
Tej nocy zadzwoniłam do mamy. Nie chciałam. Naprawdę nie chciałam słyszeć w jej głosie niepokoju, bo wtedy wszystko stałoby się bardziej realne. Odebrała od razu.
– Mamo, mogłabym przyjechać na kilka dni?
Zapadła krótka cisza.
– Przyjeżdżaj. Tylko powiedz, czy mam po ciebie przyjechać.
Następnego ranka Paweł siedział przy komputerze na spotkaniu. Nie przerwałam mu. Wyjęłam walizkę z szafy i pakowałam swoje rzeczy powoli, między karmieniami. Kilka pajacyków Antka, pieluchy, dokumenty, laktator, ładowarkę. Wzięłam też sweter, którego nie lubiłam, bo mama kiedyś mi go dała i był ciepły.
Paweł zauważył dopiero, gdy zakładałam kurtkę.
– A ty gdzie się wybierasz z dzieckiem?
– Do mamy.
– Na jak długo?
– Nie wiem.
Wstał wtedy, pierwszy raz naprawdę spojrzał na walizkę i na Antka. Powiedział, że przesadzam, że nie można uciekać przy pierwszym problemie. Może w jakiejś części miał rację. Może powinnam była wcześniej krzyczeć, stawiać warunki, nie udawać przez te kilka dni, że jeszcze dam radę.
Ale nie uciekałam przed pierwszym problemem. Ja po prostu nie chciałam zostać sama w mieszkaniu z człowiekiem, który uważał, że jego obecność to już pomoc.
Mama przyjechała po nas swoim starym Yarisem. Wniosła fotelik do auta, potem moją walizkę. Nie pytała po drodze o Pawła. Zatrzymała się tylko pod apteką i kupiła mi maść, o której wspomniałam mimochodem przez telefon, oraz bułki na śniadanie.
Wieczorem Paweł wysłał wiadomość: „Kiedy wracacie?”.
Nie odpisałam od razu. Antek spał mi na klatce piersiowej, mama krzątała się cicho w kuchni. Po raz pierwszy od powrotu ze szpitala ktoś powiedział mi: „Idź się położyć, ja go chwilę popilnuję”.
Telefon leżał obok mnie i co jakiś czas podświetlał się od kolejnych wiadomości. Ja patrzyłam na niego, ale nie miałam jeszcze siły decydować, co dalej.