Znalazłem w jej telefonie wiadomość, której nie umiałem już „nie zauważyć”

Najgorsze jest to, że nie znalazłem niczego spektakularnego. Żadnego zdjęcia, na którym się całują. Żadnego hotelowego rachunku, którego nie dałoby się wytłumaczyć.

Była zwykła wiadomość na ekranie telefonu, leżącego pod poduszką.

„Daj znać, jak Paweł zaśnie. Tęsknię za tobą bardziej, niż powinienem”.

Telefon zawibrował o 5.18 rano. Aneta była pod prysznicem, bo miała zmianę od siódmej w przychodni. Ja obudziłem się wcześniej, jak często ostatnio. Za ścianą sąsiad z góry tłukł czymś w łazience, kaloryfery szumiały. Zwykły wtorek w naszym bloku na Retkini.

Nie powinienem był patrzeć. To wiem. Tylko że ekran zapalił się właściwie przy mojej twarzy, a ja przeczytałem pierwsze zdanie, zanim zdążyłem odwrócić wzrok.

Potem przeczytałem je jeszcze raz.

Nie pamiętam, jak długo siedziałem na łóżku. W kuchni nastawiłem wodę na kawę, ale zapomniałem wsypać kawy. Stałem z pustym kubkiem w ręce i słuchałem, jak Aneta suszy włosy. Przez moment miałem absurdalną nadzieję, że to pomyłka. Że „Paweł” to nie ja. Że wiadomość przyszła do kogoś innego. Wszystko, byle nie to, co było najprostsze.

Jesteśmy razem dwadzieścia jeden lat. Poznaliśmy się jeszcze na studiach zaocznych, ja wtedy pracowałem w magazynie, a ona dorabiała w aptece. Teraz pracuję jako konserwator w spółdzielni mieszkaniowej. Nie zarabiam kokosów, ale od lat mamy ustalone życie: rata kredytu, opłaty, zakupy w sobotę, wyjazd nad morze co drugi rok, jeśli się uda odłożyć.

Nasza córka, Julia, studiuje w Poznaniu. W domu jest rzadziej, ale kiedy przyjeżdża, Aneta zawsze kupuje jej za dużo jedzenia i narzeka, że jest za chuda. Ja udaję, że mnie to bawi, choć czasem denerwuje mnie ten cały chaos w kuchni.

Myślałem, że jesteśmy zwyczajni. Może nawet trochę nudni. I chyba właśnie w tej zwyczajności widziałem bezpieczeństwo.

Nie powiedziałem Anecie od razu. Poszedłem do pracy. Wymieniłem zamek w piwnicy u pani Kwiatkowskiej, obejrzałem cieknący pion w klatce obok, odebrałem trzy telefony od lokatorów, z których każdy był pilniejszy od poprzedniego. Robiłem wszystko wolniej niż normalnie, ale nikt chyba nie zauważył.

Około jedenastej napisała: „Pamiętaj o obiedzie, zostawiłam ci zupę”.

Patrzyłem na to zdanie przez kilka minut. Na tę zupę, na to „pamiętaj”. Jak można jednego dnia troszczyć się o czyjś obiad i jednocześnie pisać do innego faceta, że się za nim tęskni?

Wieczorem zapytałem tylko:

– Kim jest Krzysiek?

Stała przy blacie i kroiła pomidora. Nóż zatrzymał jej się w połowie.

Nie zaprzeczyła. To chyba zabolało najmocniej. Gdyby od razu zaczęła krzyczeć, że sprawdzam jej telefon albo że przesadzam, może łatwiej byłoby mi się wściec. A ona po prostu usiadła na krześle i zasłoniła twarz rękami.

Powiedziała, że to trwa od listopada. Był marzec.

Krzysiek pracował kiedyś z nią w rejestracji, potem przeszedł do innej placówki. Znałem go z widzenia. Raz nawet był u nas na grillu ze swoją żoną, może sześć lat temu. Pamiętam, że przyniósł karkówkę w jakiejś marynacie i przez pół wieczoru opowiadał o remoncie kuchni.

Aneta mówiła szybko, a potem coraz wolniej. Że zaczęło się od rozmów. Że w domu było między nami chłodno. Że po śmierci mojego ojca zamknąłem się w sobie. Że od miesięcy wracałem, jadłem, oglądałem wiadomości i zasypiałem. Że kiedy mówiła, iż jest jej źle, odpowiadałem: „No każdemu jest teraz ciężko”.

Wiele z tego było prawdą.

Mój ojciec umierał długo i brzydko. Przez prawie rok jeździłem po pracy do niego, załatwiałem lekarzy, recepty, zakupy. Aneta mi pomagała, nie mogę powiedzieć, że nie. Ale kiedy wszystko się skończyło, chyba zostałem w środku tamtego okresu. Nie umiałem wrócić do normalnego życia.

Tylko że jej racja w pewnych sprawach nie sprawiła, że zdrada przestała być zdradą.

– Chciałam ci powiedzieć wiele razy – powtarzała.

– Ale nie powiedziałaś ani razu.

Na to już nic nie odpowiedziała.

Przez pierwsze dni spałem na kanapie. Nie dlatego, że chciałem ją ukarać. Po prostu nie mogłem leżeć obok niej i udawać, że jej oddech jest czymś znajomym. Czasami w nocy słyszałem, jak idzie do łazienki. Zatrzymywała się wtedy na chwilę przy drzwiach do salonu, ale nie wchodziła.

Julia zadzwoniła w niedzielę. Pytała, czy przyjedziemy do niej na urodziny za dwa tygodnie. Aneta spojrzała na mnie tak, jakby od mojej odpowiedzi zależało, czy jeszcze jesteśmy rodziną.

Powiedziałem, że przyjedziemy.

Później miałem do siebie pretensje. Bo co to właściwie znaczyło? Że dla świętego spokoju będziemy siedzieć przy stole, damy jej prezent i będziemy udawać? A może nie miałem prawa rozwalać Julii jej urodzinami tylko dlatego, że sam nie potrafię oddychać normalnie?

Aneta przestała pisać z Krzyśkiem. Przynajmniej tak mówi. Pokazała mi, że go zablokowała. Sama zaproponowała terapię dla par. Byliśmy już dwa razy. Na pierwszym spotkaniu prawie się nie odzywałem. Terapeutka pytała, czego potrzebuję od Anety, a ja miałem w głowie tylko jedną odpowiedź: żeby cofnęła ostatnie cztery miesiące.

To oczywiście niemożliwe.

Czasem patrzę na nią rano, gdy wiąże włosy przed pracą, i mam odruch, żeby powiedzieć coś zwyczajnego. Że ma plamę od pasty na rękawie. Że będzie padać, niech weźmie parasol. I wtedy przypominam sobie, że przez te wszystkie poranki potrafiła wychodzić z domu, całować mnie w policzek i nosić w telefonie drugie życie.

Ale są też chwile, których się wstydzę. Kiedy widzę, że płacze cicho w kuchni, czuję satysfakcję. Krótką, brzydką. Jakby jej ból miał wyrównać mój. Zaraz potem robi mi się niedobrze, bo przecież nie chcę, żeby cierpiała. Chcę tylko, żeby zrozumiała, co mi zabrała.

Nie wiem, czy zaufanie da się odbudować. Na razie wiem jedynie, że nie wraca po jednej rozmowie, po haśle do telefonu ani po przeprosinach wypowiedzianych sto razy.

W przyszłym tygodniu mamy jechać do Julii. Aneta kupiła już jej sweter, bo podobno widziała taki na jej liście życzeń. Dzisiaj wieczorem zapytała mnie, czy wezmę samochód do mechanika przed wyjazdem.

Odpowiedziałem, że tak.

I dopiero po chwili dotarło do mnie, że nadal planujemy coś wspólnie, choć żadne z nas nie umie powiedzieć, co właściwie będzie z nami po tym wyjeździe.