Pozwoliłem Kasi wypłynąć na jezioro mimo własnego niepokoju, a potem przyszła burza, której nikt nie przewidział

Minęło osiem miesięcy, a ja nadal odruchowo patrzę na pogodę w telefonie, zanim wyjdę do sklepu. Nawet jeśli idę tylko po chleb i mleko.

Kasia zawsze się ze mnie śmiała, że sprawdzam trzy aplikacje naraz. IMGW, Windy i jeszcze tę zwykłą pogodę z telefonu, której sam nie ufałem. Mówiła, że gdybym mógł, to przed wyjściem z domu pytałbym strażaka, czy chodnik jest bezpieczny.

Ja odpowiadałem, że ktoś w tym związku musi myśleć.

Teraz to zdanie wraca do mnie tak często, że czasem robi mi się niedobrze.

Byliśmy razem prawie dziewięć lat. Mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu na Pradze-Północ, tym po jej ciotce, z krzywą podłogą w przedpokoju i sąsiadem, który w niedzielę o siódmej rano puszczał radio Maryja tak głośno, jakby chciał nawrócić całą kamienicę. Kasia pracowała w agencji reklamowej, ja robiłem kosztorysy w firmie budowlanej. Żadna wielka kariera, normalne życie. Kredytu nie mieliśmy, za to mieliśmy starego Civica, kota Mietka i plan, żeby kiedyś kupić działkę gdzieś pod Olsztynem.

Mazury były jej pomysłem od zawsze. Nie w sensie przeprowadzki od razu, tylko takiego marzenia, które się powtarza przy winie albo w listopadzie, kiedy człowiek ma dość miasta.

W sierpniu pojechaliśmy na cztery dni do Rucianego-Nidy. Wynajęliśmy małą kabinówkę od człowieka, którego Kasia znalazła na Facebooku. Łódź nie była nowa, ale zadbana. Właściciel wszystko nam pokazał, dał kamizelki, numer do siebie i powiedział, żeby przy zmianie pogody nie kozaczyć.

Kasia żeglowała od liceum, głównie z tatą. Ja nauczyłem się przy niej. Umiem prowadzić, cumować, zwijać żagle, nie panikuję przy manewrach. Ale nie jestem taki jak ona. Dla niej wiatr był czymś, co się wykorzystuje. Dla mnie czymś, co może nagle przestać być zabawne.

Tego dnia rano było spokojnie. Ciepło, trochę duszno. W prognozach zapowiadali możliwe burze późnym popołudniem, jak to w sierpniu. Nic szczególnego. Wypłynęliśmy po dziesiątej, zrobiliśmy dłuższą trasę, zatrzymaliśmy się w zatoce. Kasia pływała, ja leżałem na dziobie i udawałem, że nie drażni mnie słońce.

Około czwartej chciałem wracać.

Nie dlatego, że widziałem jakiś konkretny front. Po prostu zrobiło się dziwnie cicho. Powietrze było ciężkie. Nad lasem po drugiej stronie jeziora zaczęły zbierać się ciemniejsze chmury.

Kasia spojrzała na nie i powiedziała, że do portu mamy czterdzieści minut, może godzinę, a burza jest jeszcze daleko. Chciała popłynąć do małej zatoki, którą mijała rano. Podobno widziała tam żurawie.

Pamiętam, że stałem przy sterze i powiedziałem:

– Kaśka, serio, odpuśćmy. Zobaczymy to jutro.

Westchnęła, ale nie była zła. Bardziej rozbawiona.

– Jutro wracamy do Warszawy. I nie jesteśmy z cukru.

Mogłem powiedzieć „nie”. Łódź była na mnie wynajęta. Mogłem zawrócić. Mogłem się pokłócić, nawet jeśli zepsułoby nam to ostatni wieczór. Zamiast tego skręciłem.

Nie dlatego, że mnie zmusiła. Nikt mnie nie zmusił. Po prostu nie chciałem znowu być tym, który wszystko blokuje, bo się boi. Od jakiegoś czasu kłóciliśmy się właśnie o to. Ja chciałem odkładać pieniądze, planować, czekać na lepszy moment. Kasia kupowała bilety, zapisywała nas na kursy, namawiała na wyjazdy. Mówiła, że przy mnie zaczyna prosić o pozwolenie na własne życie.

To bolało, bo trochę miała rację.

Do zatoki nie dopłynęliśmy.

Najpierw przyszło kilka ostrzejszych podmuchów. Potem wiatr uderzył tak, że łódź przechyliła się gwałtownie, a ja przez sekundę nie wiedziałem, gdzie jest niebo, a gdzie woda. Zaczęliśmy szybko zrzucać żagle. Kasia była przy maszcie, ja przy sterze. Pamiętam jej mokre włosy przyklejone do policzka i to, że krzyknęła coś, czego kompletnie nie usłyszałem.

Później ratownik powiedział, że to był bardzo silny szkwał. Że na jeziorze takie rzeczy potrafią przyjść nagle. Że nawet doświadczeni ludzie czasem nie zdążą.

Tylko że mnie to wcale nie uspokaja.

Bom poszedł w bok z taką siłą, że uderzył Kasię w głowę. Miała kamizelkę. Ja też. Wpadła do wody, a ja od razu za nią. Nie wiem, ile czasu minęło. Może minuta, może dziesięć. Próbowałem utrzymać ją przy powierzchni, jedną ręką łapałem się burty, drugą jej kamizelki. Krzyczałem, ale wiatr zagłuszał wszystko.

Pomoc przyszła szybko. Ktoś z brzegu wezwał służby, inna łódź była niedaleko. Wiem to z relacji, bo potem mam dziurę w pamięci. Pamiętam tylko ratownika, który powiedział, żebym odsunął się od niej. I swoje dłonie. Trzęsły mi się tak, że nie umiałem odpiąć klamry od kamizelki.

Kasia zmarła następnego dnia w szpitalu w Giżycku. Jej rodzice przyjechali w nocy. Jej mama siedziała obok mnie na korytarzu, trzymała torebkę na kolanach i ani razu nie zapytała, co się stało. To było chyba gorsze niż krzyk.

Dopiero po pogrzebie jej tata powiedział, że Kasia zawsze była uparta i że gdyby żyła, pewnie i tak kazałaby mi przestać się zadręczać. Powiedział to bez ciepła. Jakby przekazywał informację, którą uznał za konieczną.

Jej mama nie odzywała się do mnie przez kilka miesięcy. Niedawno wysłała mi zdjęcie Kasi z dzieciństwa, na jakimś pomoście, w za dużej kamizelce. Bez podpisu. Patrzyłem na to zdjęcie pół godziny i nie wiedziałem, czy to gest pojednania, czy przypomnienie.

Ludzie mówią różne rzeczy. Że pogoda była nieprzewidywalna. Że nie mogłem jej zamknąć w domu. Że ona znała wodę lepiej ode mnie. Że trzeba było wracać wcześniej. Każde z tych zdań jest prawdziwe i żadne nie daje mi ulgi.

Najbardziej nie brakuje mi nawet jej śmiechu, chociaż brakuje. Brakuje mi tego, że ktoś był obok w zwykły wtorek. Że wracałem z pracy i wiedziałem, że w kuchni będzie stał jej kubek po kawie, a ona zapyta, czy kupiłem żwirek dla Mietka. Tego wspólnego, nudnego życia, które wtedy wydawało mi się pewne.

W zeszłym tygodniu właściciel łodzi oddał mi kaucję. Przelew przyszedł z dopiskiem „trzymaj się”. Zostawiłem te pieniądze na koncie. Nie umiem ich ruszyć.

Dzisiaj znowu zapowiadają burze. Mitek leży na parapecie, a ja zamknąłem okno, choć na razie świeci słońce.